Komentarze, opinie i artykuły rynkowe
Kategorie: Wszystkie | Komentarze
RSS
czwartek, 19 listopada 2009
Wyjątkowo długi temat: krótka sprzedaż na GPW

Wyjątkowo długi temat: krótka sprzedaż na GPW

Coś się ruszyło w sprawie krótkiej sprzedaży akcji na polskim giełdowym podwórku, opanowanym przez zagraniczną grupę trzymającą kontrakty terminowe. Precyzyjniej: nie tyle się faktycznie ruszyło, ile raczej poczyniono kolejne deklaracje wprowadzenia tego rozwiązania. Ponieważ temat jest prawie tak stary jak nierozliczone przekręty gospodarcze z czasów naszej transformacji, więc i tym razem rozsądek do pary ze sceptycyzmem każą nastawić się na ciąg dalszy bierności (nie tylko w kwestii krótkiej sprzedaży) i zapomnieć o dotrzymaniu ewentualnie deklarowanych terminów. Przy takim nastawieniu przynajmniej łatwiej o pozytywne zaskoczenie w razie, gdyby jednak się udało.

Na razie para „grubych” graczy wedle własnego uznania kręci notowaniami kontraktów na indeks WIG20, który to proceder znacznie im ułatwia właśnie brak krótkiej sprzedaży. W przededniu priorytetowej dla obecnej ekipy rządowej prywatyzacji GPW może wreszcie ujawnią się czyny, tym bardziej że lista pustych deklaracji ulepszania oferty giełdowej jest dłuższa. Już w 2002 r. zapowiadano wprowadzenie certyfikatów na indeksy giełd zagranicznych, bodajże na Nasdaq 100 oraz Eurostoxx 50. (Osobiście w nadziei na ich rychły debiut opracowałem wówczas materiał zaprezentowany potem na konferencji organizowanej przez samą GPW, dotyczącej instrumentów pochodnych.) Po drodze obumarły akcyjne i indeksowe warranty (nawet zagościły te w amerykańskim stylu rozliczenia), będące dobrym przedsionkiem dla opcji z prawdziwego zdarzenia. Sam rynek opcji na WIG20 notuje śladową płynność pomimo 6-letniego już stażu (opcje akcyjne skasowano wskutek braku animacji handlu).

Wprowadzony u progu nowego milenium trzydniowy okres rozliczania sprzedanych akcji także należy uznać za krok wstecz, zwłaszcza z punktu widzenia interesu inwestorów. Gdyby hipotetyczny gracz sprzedał akcje za 100 tys. zł i miał te środki do dyspozycji już po zamknięciu sesji w dniu zbycia, to przez 3 następne dni na lokatach jednodniowych uzyskałby po odjęciu haraczu Belki na czysto 40 zł odsetek (przy rocznej stopie 6 proc.). Sumaryczny brak korzyści tysięcy inwestorów idzie z tytułu tej długiej blokady w miliony. Ponadto sam system Warset po 10 latach funkcjonowania też można by zoptymalizować.

Tymczasem coraz liczniejsze zastępy inwestorów tracą wspomnienie bessy i z półrocznym opóźnieniem podłączają się pod przewartościowane papiery. Notowań nie determinują bieżące odczyty danych makroekonomicznych, lecz decyzje finansowych władców marionetek, przez co wyceny są wypaczone. W 2007 r. też ignorowano nadciągającą recesyjną zawieruchę, a odraczanie końca hossy tylko spotęgowało późniejszą bessę. Jakby tej nieprzewidywalności było mało, to utrzymywany jest końcowy fixing, służący od dłuższego czasu li-tylko spekulacyjnemu cudowaniu przy ustalaniu ceny rozliczeniowej. Rozgoryczenie wielu drobnych inwestorów operujących na obarczonych dźwignią derywatach jest zrozumiałe.

Jak widać, lista zaniedbań jest spora i tutaj daleka od wyczerpania (np. o zaśmieconym segmencie New Connect można napisać osobny esej). Zdążono już hucznie uczcić wielką hossę u progu 2007 r. (pamiętamy ówczesne przekonanie prezesa GPW, że mamy przed sobą dalsze kilka lat hossy), celebrowano także pełnoletniość parkietu w kwietniu br., a krótkiej sprzedaży jak nie było, tak nie ma. Może uda się zdążyć przed Euro 2012, skoro o sieci autostrad, tudzież o szybkich kolejach możemy tylko pomarzyć?

Bartosz stawiarski

12:25, bartosz.stawiarski
Link Komentarze (1) »
czwartek, 22 października 2009
Prosty test na istnienie bańki spekulacyjnej

 

Fenomen bańki spekulacyjnej jest równie ponadczasowy jak motywy antyczne w literaturze. Niezależnie od przedmiotu wyceny na tej formacji można się dorobić fortuny pod warunkiem wyjścia z inwestycji przed pęknięciem bańki. Potem czyhają już tylko lawinowe straty, często niepowetowane przez długie lata. Bąble tworzyły się i pękały. Powstawać a następnie pękać nadal będą, gdyż ich istnienie nierozerwalnie związane jest ze stanem zbiorowych emocji, mających cykliczną przypadłość podążania w tym samym kierunku. W atmosferze coraz bardziej rozchwianych rynków finansowych warto sobie wyrobić jakieś proste, intuicyjne wręcz narzędzie detekcji tego zjawiska.

Rynki poruszają się w wieloletnich cyklach od skrajnego przewartościowania do niebywałego niedoszacowania - to truizm. Nie jest zbyt wielką sztuką zdiagnozować stan znacznego niedopasowania wycen aktywów do ich fundamentów, gdyż ten proces odrywania ciągnie się miesiącami lub kwartałami. Wydawałoby się zatem, że pozostaje wystarczająco duży horyzont czasowy na trzeźwą ocenę sytuacji i „skrojenie” pod nią swoich dokonań inwestycyjnych: sprzedać zawczasu przed dłuższymi spadkami bądź zakupić u schyłku bessy pośród ogólnej niewiary w lepsze jutro. Jednakże niezmiennie pękające bańki zbierają krwawe żniwo, gdyż niczym wir wciągają niemal u swojego kresu rozgorączkowane tłumy, tak jakby hipnoza opanowywała całe zbiorowości niezależnie od ich wykształcenia, narodowości czy statusu materialnego. Potem następuje załamanie bądź krach, cały kramik z bogactwem się rozpływa pozostawiając nagie tłumy niczym po przedstawieniu magiczno-demonicznego teatru w powieści Bułhakowa.

Jak się te rozważania mają do dzisiejszej kondycji giełd światowych i przede wszystkim realnych gospodarek? Od przynajmniej kilku tygodni coraz bardziej nasuwa się wniosek, że właśnie parkiety i faktyczna sfera makroekonomiczna rozjechały się tworząc dwa różne światy. Nieugięte parcie cen akcji i surowców w górę nijak się ma do ciągle zalegających chmur kryzysu i recesji. Wmawia się wszem i wobec triumfalne pokonanie dekoniunktury, mamiąc naiwnych wizją recesji typu V. Słyszy się coraz częstsze zaklinanie korekty (należnej de facto od dawna), a to tylko przedłuża wspinanie się rynków po swoistej „ścianie strachu”.

Tu dochodzimy do sedna poruszanej sprawy. Można pokusić się o stworzenie testu - psychologicznego nie statystycznego - na to czy rynki podlegają reżimowi bańki spekulacyjnej (niezależnie od stadium jej zaawansowania). Mianowicie nie jest naturalna, ani żadnego wytłumaczenia ekonomicznego nie znajduje sytuacja, w której równolegle i przez długi czas drożeją aktywa praktycznie każdej kategorii. W normalnej gospodarce aprecjacja jednej grupy aktywów racjonalnie wyklucza wzrost cen innych. Przykładowo, nikomu nie trzeba tłumaczyć, że pompowanie cen surowców przemysłowych docelowo zarzyna rozwój gospodarczy, a w przypadku panującej recesji ją pogłębia grożąc stagflacją wymagającą wieloletniej, bolesnej kuracji. Szybujące ceny paliw czy metali obciążają rachunki odbiorców końcowych (konsumentów i tak dotknęło już rosnące bezrobocie), destabilizując sytuację monetarną i ciągnąc w dół całą gospodarkę.

Przytoczmy bieżące konkrety. Od wiosny systematycznie zwyżkuje kluczowa para walutowa czyli EURUSD. Rozdawnictwo publicznych pieniędzy i zerowe (przynajmniej na papierze, bo tak się upiera FED) stopy dolarowe robią swoje: zamiast faktycznego wzrostu produktywności kreuje się papierkowe fatamorgany bogactwa, odraczając egzekucję na chorym systemie o kolejnych kilka lat (karencje te są coraz krótsze...). Psuty niemiłosiernie dolar stanowi pożywkę dla wszechstronnej spekulacji lewarowanej łatwym kredytem. Tak oto odradza się proceder carry-trade, przy czym wcześniej za walutę bazową służył jen, obecnie USD.

Wraz z szybującym kursem EURUSD rosną bez wytchnienia od ponad pół roku wszystkie giełdy akcji - niekiedy o ponad 100 proc. (Rosja, Brazylia, Turcja). Z nawiązką podwoiły swoje wyceny miedź, ołów, ropa naftowa. Panuje bardzo wysoka dodatnia korelacja pomiędzy stopami zwrotu z różnorakich klas aktywów, dowodząc panowania na rynkach anormalnej asymetrii. Na tej fali drożeją walory europejskich gigantów o mocnej ekspozycji eksportowej, choć logice przeczy drogie względem dolara euro. Pompuje się nowe bańki na rynkach wschodzących na skutek ponownego przedawkowywania ryzyka.

To są objawy niezdrowe i świadczące o przebywaniu rynków w „bubble territory”. Nowe rekordy bije złoto, co w historii bywało zwiastunem niemałych kłopotów. Mocnym dowodem przesadnego zdyskontowania przez giełdy przyszłego ożywienia będzie brak pozytywnej reakcji na dobre informacje z realnej gospodarki, zatem paliwo do wzrostów się definitywnie wyczerpie.

Zjawisko gigantycznej bańki znamy zaledwie sprzed paru lat i wiemy czym się ono skończyło: potężna hossa z lat 2003-2007 napędzana tanim pieniądzem japońskim i amerykańskim, strzeliste wykresy cen surowców, hiperbole na indeksach giełd emerging markets, przewartościowane lokalne waluty. Szybował kurs USDJPY oraz EURUSD. Nakryły się na to wszystko bezprecedensowe wzrosty cen nieruchomości - ten czynnik obecnie odpadł i to na bardzo długo. Podobnie jak teraz, podczas minionej hossy też wystąpiły symultaniczne, acz pozbawione kalkulacji ekonomicznej zwyżki wszystkich klas aktywów. Rynki giełdowe stały się siedliskami monstrualnych baniek spekulacyjnych, które według nieugiętych prawideł pękły z hukiem adekwatnym do ich rozmiarów.

Doświadczenie lat 2007 i 2008 uczy, że taki cukierkowy krajobraz nieskrępowanych wzrostów kończy się traumatycznymi wyprzedażami o dynamice dalece silniejszej niż długo pęczniejące zwyżki. Papierowe bogactwa zbudowane na zdradliwych piaskach nieodpowiedzialnie luźnej polityki monetarnej sypią się w przeciągu kilku miesięcy. Nieuchronnie następuje dostosowanie wycen do realiów i po załamaniu relacje między cenami aktywów stają się bardziej racjonalne. Dlatego lepiej zawczasu włączyć zdrowy rozsądek, uruchomić wyobraźnię, przeanalizować czy opisane zjawisko ma miejsce i ewentualnie od jak dawna ono trwa. W przeciwnym razie na ewakuację może być za późno, a lekcje z przeszłości ponownie pójdą w las.

Bartosz Stawiarski

13:33, bartosz.stawiarski
Link Komentarze (4) »
czwartek, 08 października 2009
Na co komu „miedziaki”?

Do marketingowych tricków obliczonych na wywołanie uczucia taniości u konsumentów w postaci cen zakończonych na 99 groszy dawno zdążyliśmy się przyzwyczaić. Cóż to za komfort zapłacić za nowy telewizor 999,99 zł zamiast czterocyfrowej sumy 1000 zł! W praktyce cała psychologia bierze w łeb, gdyż mało kiedy śmieszna groszowa reszta jest wydawana. Coraz częściej przy kasie słyszymy: „grosz będę pani/panu winna” lub „grosz odda pani/pan przy okazji”. Mniej więcej w dwie sekundy po tych deklaracjach obie strony transakcji zapominają o długu, a zapłacony rachunek zaokrągla się do mniej kłopotliwej kwoty. Czy życie nie byłoby prostsze bez najdrobniejszych miedziaków?

Wyjąwszy nieliczną warstwę oligarchii zarabiającej od kilku średnich krajowych wzwyż i operującej wielokrotnościami 10 zł, społeczeństwo doświadcza pęczniejących portfeli bynajmniej nie dzięki raptownym podwyżkom płac. Gromadzą się pochodzące z każdorazowych zakupów miedziane drobniaki (jeśli nie padnie w/w deklaracja przyszłej spłaty zadłużenia), z których najwięcej pożytku mieliby młodzi adepci cymbergaja w wieku od 4 do 7 lat. Niczym piasek w rzecznych zakolach odkładają się 1-, 2- i 5-groszowe nominały, mające takąż siłę nabywczą co bilon u schyłku komuny (czyli żadną). Z tą różnicą, że 20 lat temu pomysłowi Polacy upychali tamte blaszki w automatach do gry na promach skandynawskich (jako zamienniki np. duńskich koron), podczas gdy dziś nie ma nawet automatów TP SA, które przyjmowałyby 5 groszy zgodnych wymiarem z wielokrotnie droższymi żetonami.

W grosze obrastamy, groszami stajemy się obciążeni, groszy tych nie sprzedamy na złom (no, gdyby jeszcze była to czysta miedź...), pozostajemy skazani na ich posiadanie i podawanie dalej. Średnio o dobre kilkanaście sekund wydłuża się obsługa każdego klienta w sklepie spożywczym, gdyż personel przy kasie błagalnie pyta o rzeczone końcówki celem łatwiejszego wydania reszty. Dłuży się grzebanie w zakamarkach pugilaresów prowadzące w razie niepowodzenia do werbalnego ustalenia długu do spłacenia przy okazji będącej efemerydą już przy kasie. Organizowane są cykliczne, skądinąd szczytne imprezy typu „góra grosza”, lecz współczuć należy woluntariuszom przeliczającym uzbierane ciężarówki menniczego quasi-złomu.

Bardziej postępowi w tej kwestii są pospolici straganiarze prowadzący kramiki owocowo-warzywne i rzadko kiedy bawiący się w kołomyje związane z paragonami fiskalnymi. Tam kwoty rozliczenia już od dawna zaokrąglane są do 5 bądź 10 groszy i nikt na tym nie jest stratny. Statystycznie rzecz biorąc stosowanie zaokrągleń raz w dół raz w górę daje sumaryczny bilans koncentrujący się wokół zera wraz z rosnącą liczbą transakcji. Nie ma tu pola do bogacenia się, chyba że nastąpi notoryczne zawyżanie w górę (przerabiane w wielu krajach rezygnujących niegdyś z rodzimej waluty w imię przystąpienia do strefy euro - zostało to swego czasu solidnie oprotestowane).

Te zdroworozsądkowe, oddolne ułatwienia rozliczeń są w rzeczywistości odzwierciedleniem procedur wdrożonych już w niektórych krajach naszego regionu. Np. na Węgrzech już od 2006 r. wycofano bilon o nominałach 1 i 2 forintów, a wszelkie rachunki zaokrąglane są do 5 forintów (około 8 gr). Pozostałe w obiegu 5-forintówki również traktowane są co najmniej komicznie: na przykład w słynnej z wiadomych produktów miejscowości Tokaj można skorzystać z maszyny wytłaczającej z owej monety pamiątkową eliptyczną blaszkę z odciśniętym regionalnym motywem. U nas takie traktowanie prawnego środka płatniczego otarłoby się o paragraf, jednak węgierska inicjatywa wydaje się pomysłowa.

W Czechach elementarnym krokiem postąpienia jest 1 korona opiewająca na ok. 16 groszy (halerze de facto nie uczestniczą w obiegu, a jeśli już to na głębokiej prowincji i zakrawa to na folklor). Nawet w Rumunii, gdzie przeciętna płaca ledwie sięga połowy polskiej, praktycznie nie używa się blaszek o nominałach poniżej 10 bani (1 lej będący równowartością 100 bani kwotowany jest prawie na równi ze złotym).

Podsumowując, w atmosferze drukowania taniego pieniądza deflacja nam nie grozi, a nadreprezentatywność klepaków w portfelu Polaka-szaraka zamiast efektu bogactwa rodzi jedynie efekt fizycznego przeciążenia. Dlatego należałoby powoli rozpocząć publiczną dyskusję nad celowością dalszego utrzymywania w obiegu nominałów niższych od 10 groszy. Ułatwienie rozliczeń byłoby bezdyskusyjne bez uszczerbku dla stron transakcji. Niewykluczone, że kwestia ta z czasem stanie na najwyższych forach europejskich, gdyż 5 eurocentów dla Niemca czy Francuza ma mniej więcej taką samą siłę nabywczą, co nasze 5 groszy.

09:57, bartosz.stawiarski
Link Komentarze (12) »
poniedziałek, 15 czerwca 2009
Miliardowe rachunki za analfabetyzm matematyczny

Miliardowe rachunki za analfabetyzm matematyczny

Pomimo nobilitującej etykietki „królowej nauk” matematyka od lat przeżywa kryzys zaufania. Samo wypowiedzenie tej nazwy wywołuje u niemałego odsetka społeczeństwa konfuzję lub niechęć. Dziedzina powszechnie jawi się jako niezrozumiała czy wręcz bezużyteczna. Tymczasem materialne straty z matematycznego analfabetyzmu powstają niemal na każdym kroku i kumulują się w grube miliardy.

Pieniądze traci nie tylko szeregowy obywatel wyobcowany ze świata liczb, ale cała gospodarka, cierpiąca na chroniczny niedobór absolwentów nauk ścisłych. Bycie matematykiem dziś nie jest trendy. Zasadnicza większość tytułuje się humanistami, przy czym ile jest w tym faktycznego, kompetentnego humanizmu to już całkowicie odmienna sprawa na miarę filmowych dywagacji o zawartości cukru w cukrze. Rosnące współczynniki scholaryzacji ładnie wyglądają na graficznych prezentacjach, wywołując poczucie dumy z dokonanego postępu. Jednakże gospodarka jako taka czerpie z tego nikłe korzyści, ba ponosi wymierne straty. Strukturalne niedopasowanie zdobywanych profili wykształcenia do ścieżki gospodarczego rozwoju (znaczna liczebna nadwyżka „humanistów” nad „ścisłowcami”) w połączeniu z drugo- bądź trzecioligową jakością studiów na wielu prywatnych szkółkach „wyższych” li tylko z nazwy stanowi kluczowy hamulec w postępie, ograniczając innowacyjność. Z kolei czołowe ośrodki naukowe nie są w stanie zaoferować wystarczającej podaży absolwentów, by pokryć zapotrzebowanie gospodarki na matematyków, fizyków czy programistów.

Zaniedbania sięgają wczesnego dzieciństwa

Pochylając się nad diagnozą obecnego stanu rzeczy warto zejść do fundamentów, czyli szkoły podstawowej i gimnazjum. Pomimo postępującej informatyzacji (coraz liczniejsze pracownie komputerowe), rozwijającej się współpracy z zagranicznymi ośrodkami (wymiany uczniów), w matematyce czas się wręcz zatrzymał. Jak nie było tak nadal nie ma szerokiego gremium nauczycieli matematyki, którzy stylem prowadzenia zajęć potrafiliby zafascynować uczniów. W systemie zalegają setki belfrów skrytych pod przedemerytalnym płaszczem, którym obce jest nie tylko podnoszenie swoich kwalifikacji, ale pedagogiczna innowacja zmierzająca do uatrakcyjnienia lekcji. Jednocześnie wśród kadry nauczycielskiej nie ma zastępowalności pokoleń, gdyż za głodowe 1-1,5 tys. miesięcznie nikt o zdrowych zmysłach nie będzie się spalał dla samej idei.

W sposobie prowadzenia lekcji brakuje błysku kreatywności. Nie ma woli ukazania konkretnych sytuacji życiowych, w których teoria znajduje praktyczne zastosowanie. Suche operacje na ułamkach, bądź kładzenie nadmiernego ciężaru na wkuwanie definicji odstręcza uczniów od przedmiotu już w dość wczesnej fazie nauki. Najbardziej rażące zaniedbanie to brak uwrażliwienia młodocianych na doniosłą rolę matematyki w rachunku ekonomicznym niezbędnym w dorosłej egzystencji. Całe zastępy nowych pokoleń chcąc-nie chcąc wkuwają np. szczegółowy cykl trawienia tłuszczów czy drzewo genealogiczne bohaterów mitologii greckiej, a nie mają bladego pojęcia o oprocentowaniu prostym bądź złożonym. Nikt poza być może garstką światłych nauczycieli z faktyczną pasją nie pokazuje, jak liczyć raty kapitałowe, jak uwzględniać wartość pieniądza w czasie, ani czym jest roczna stopa oprocentowania kredytu. Można by także w interesujący sposób przybliżyć uczniom kwestie ryzyka walutowego i to bez wgłębiania się w gąszcz teoretycznych regułek (poza niezbędnym minimum).

Marginalizacji matematyki dokonuje sam system edukacyjny, w którym to jakiś czas temu pewna pani minister nieodpowiedzialnie zniosła obowiązkową maturę z tego przedmiotu. W ten sposób dano uczniom podświadomy przekaz: matematyka to abstrakcyjne i zbędne peryferie wykształcenia, nie warto sobie nią zawracać głowy. Nie negując istnienia uczniów bardzo zdolnych oraz wszechstronnych, ogólnie hoduje się całe szeregi niby-humanistycznych analfabetów matematycznych. Ten socjologiczno-edukacyjny problem mogłyby rozwiązać wyłącznie gruntowne przemiany systemu kształcenia, w których należałoby większy akcent położyć właśnie na nauki ścisłe - adekwatnie do ich roli w życiu i gospodarce (obecnie zaniżanej). Matura z matematyki w zakresie podstawowym powinna być obowiązkowa, przy czym program jej nauczania musiałby przejść dostosowanie, zwłaszcza w kierunku uwypuklenia zagadnień praktycznych.

Młody człowiek mający wieloletnią traumę bądź awersję do matematyki zaistniałą z wymienionych wyżej powodów, dostaje się na studia i przeżywa matematyczny koszmar w jeszcze boleśniejszej wersji. Braki w wiedzy kumulują się, programy nauki przedmiotów ścisłych traktowane są - zwłaszcza w wielu szkołach niepublicznych - po macoszemu. Skutek jest taki, że ich mury opuszczają setki inżynierów bądź magistrów (swoją drogą tytuły te podlegają ostatnio silnej jakościowej erozji) mających być kadrą menedżerską w biznesie. Tymczasem nadal są oni w większości matematycznie goli, bez znajomości pojęcia mediany, całki oznaczonej, średniej kroczącej i wielu innych praktycznych elementów, nie wyłączając podstaw rachunku prawdopodobieństwa oraz matematyki finansowej. W społeczeństwie ktokolwiek wykazujący matematyczną elokwencję jest traktowany jak dziwak lub w najlepszym razie otrzymuje westchnienie podziwu i niezrozumienia.

Edukacyjna machina wydrenowana z nauk ścisłych kręci się dalej, a niedobór takich absolwentów w gospodarce powiększa się również w Europie Zachodniej. Kilka poruszonych poniżej aspektów egzystencji  pokazuje zgubne skutki ignorancji matematycznej. W ogólnym rozrachunku przekłada się to na gigantyczne straty, a wygranymi są tutaj co najwyżej manipulanci z socjotechnicznym zmysłem oraz zwykli naciągacze ustrojeni w piórka biznesmenów. Mimo wszystko trzeba tej wygrywającej grupie oddać matematyczną przewagę nad stadem golonych owieczek.

Bąbel spekulacyjny w nieruchomościach i hipoteczne harakiri

Bezprecedensową beztroskę w postaci kompletnego nieliczenia się z kosztami wykazano w ostatnich latach, gdy dynamicznie pęczniała bańka na rynku nieruchomości (nie tylko w Polsce zresztą). Tysiące rodzin poddały się stadnemu wzorcowi myślenia, według którego należało kupić lokal choćby za trzykrotność jego godziwej wartości, wspomagając się kredytem hipotecznym zaciągniętym na pół życia. I to „najlepiej” denominowanym w rekordowo tanim franku szwajcarskim, za namową sztabu tak zwanych doradców, którzy nie wiadomo czy byli aż tak niekompetentni, czy też aż tak przebiegli, że wieścili wieczne umocnienie złotego. Kompletnie zawiódł matematyczny i ekonomiczny zmysł, który uśpił czujność wskutek biernej akceptacji narzucanej wizji nieodwracalności trendów rynkowych panujących przez kilka wcześniejszych lat.

Najmniej ważna w tym całym szaleństwie była właśnie cena, która niepostrzeżenie stała się horrendalna, byle tylko dostać mieszkanie po walce na łokcie w komitecie kolejkowym. W rezultacie metr kwadratowy mieszkania u szczytu boomu w 2007 r. na terenie większości dzielnic Warszawy czy Krakowa przebił 5 tysięcy franków. Płacenie stawek sięgających kwartalnej pensji za ów metr podbiło sumaryczną kwotę kredytu, a więc też wysokość rat płaconych nawet przez 30 lat. Można szacować, że wychylenie cen od poziomu równowagi rozpoczęło się już pod koniec 2004 r., przybierając kolosalne rozmiary w latach 2006-2008. Dopiero od półtora roku trwa powrót do cenowej normalności, który jest może na półmetku.

Trudno oszacować skalę przewartościowania mieszkań w tym okresie, tak samo jak bardzo ciężko przybliżyć straty klientów indywidualnych wynikłe z bezmyślnego przepłacenia. Mimo to, posiłkując się oficjalnymi danymi Związku Banków Polskich można pokazać o jak gigantyczne sumy chodzi. W latach kulminacji bąbla, czyli 2006-2007 udzielono łącznie 600 tys. kredytów hipotecznych na kwotę ok. 100 mld zł. Optymistycznie załóżmy, że wszystkie one zostały udzielone na 100 proc. wartości mieszkania. Ponadto równie ostrożnie przyjmijmy przewartościowanie lokali o 25 proc. w skali całego kraju (w Warszawie lekko licząc jest to nadal ponad 2000 zł na 1 m kw.). Daje to przepłacone 20 miliardów złotych w ciągu zaledwie 2 wspomnianych lat, a w ubr. nadal panowała drożyzna i pomimo letniej zapaści akcji kredytowej w dalszym ciągu naiwnie nadpłacono za lokale kolejnych kilka miliardów. Otrzymujemy kosmiczny rachunek strat rzędu 25 mld zł względem sytuacji, w której zamiast zaistniałego bąbla wzrosty byłyby zdrowe, tzn. porównywalne lub minimalnie wyższe niż stopa inflacji. To samo dotyczy bańki zaistniałej synchronicznie na parkiecie giełdowym. Tłum dotknięty matematyczno-ekonomicznym analfabetyzmem zadeptał się sam, a wynikłe straty będą pokrywać przyszłe pokolenia.

Inwazja chwilówek i spirala długu

W atmosferze zaostrzonych rygorów przyznawania kredytu dużo więcej osób niż jeszcze 1-2 lata temu odchodzi z okienka bankowego odprawionych z niczym. Wymagania co do zabezpieczeń wzrosły, a roczna stopa kredytu uporczywie tkwi powyżej 20 proc. Konsumenci przyparci nierzadko do ściany szukają zbawienia w segmencie nieregulowanym, pozabankowym, który oplata swoimi mackami coraz mniejsze miejscowości, oferując „tanie chwilówki” bądź „atrakcyjne” pożyczki gotówkowe bez poręczycieli. Nieregulowana samowolka pozwala skutecznie mamić rzekomo niskimi ratami, przerzucając lwią część faktycznego oprocentowania pożyczki na prowizje za łaskawe jej przyznanie. W rezultacie koszt długu wyrażony w skali rocznej może przekroczyć... 100 procent, a w nagłośnionym niedawno skrajnym przypadku było to 612 proc.!

Lichwa przebrana w zwodnicze szaty szczęścia w postaci realizacji życiowych marzeń to ostatnie ogniwo w pętli zadłużenia. W razie jakiejkolwiek zwłoki ze spłatą dalej jest już tylko bezlitosna windykacja odzierająca ze wszelkich złudzeń i miraży dobrobytu. Biorąc przykładowo 500 zł na rok z comiesięcznymi spłatami z dołu w ratach po 50 zł, płacimy roczną stopę 40 proc., a do tego należy doliczyć wspomniane dodatkowe koszty i opłaty - oprocentowanie to może się więc podwoić.

Hazard

Gry losowe. Temat od zawsze podnoszący adrenalinę za sprawą wizji zbicia fortuny i ustawienia się na całe życie, wykładając zaledwie kilka złotych. Nie mówi się głośno, że systemy hazardowe są tak skonstruowane, by to właśnie oferujący te rozrywki statystycznie notował coraz większe góry zysków. Zwykła „trójka” w Dużym Lotku ma szansę wystąpienia jak 1 do 57, a więc aby wygrać z tego tytułu 20 zł trzeba przeciętnie wysłać kupony za 115 zł. „Czwórka” płacąca przy sprzyjających wiatrach i kumulacji kilkaset zł ma mniej niż promilowe szanse zaistnienia, „piątka” dająca z grubsza 2-3 miesięczne pensje wymaga średnio wysłania 54 tys. kuponów za równowartość niezłej dwuletniej wypłaty, a upragnione magiczne sześć trafnych liczb zdarza się z prawdopodobieństwem 1 do 14 mln. Nie lepsze proporcje czają się w pokrewnych grach losowych oraz wszelakich loteriach-zdrapkach.

Liberalne przepisy podatkowe z jednej strony i rozbudzone nadzieje na łut szczęścia w dobie kryzysu z drugiej inspirują boom w segmencie automatów do tzw. niskich wygranych. Wielobarwne, migające wzorki oraz wizja pomnożenia kapitału przyciąga coraz szersze rzesze desperatów odpornych na matematyczny elementarz. Maszyny te są de facto elektronicznymi kombajnami najeżonymi oprogramowaniem z takimi algorytmami, które z samej swojej konstrukcji dopuszczają znikome prawdopodobieństwo wygranej, nie mówiąc już o całym paśmie sukcesów. Banknoty są pożerane przez automaty instalowane w coraz rozliczniejszych budach stawianych naprędce w sąsiedztwie większych skupisk ludności. Tymczasem „opiekunowie” tych maszyn kasują zyski w dziesiątkach tysięcy miesięcznie, dorabiając się na naiwności mas notujących z tego tytułu rosnące straty, również emocjonalne (uzależnienie, rozpad rodzin, frustracja). Ujemna przepaść między sporadycznymi wygranymi, a wpłacanymi stawkami z każdym dniem rośnie o dobre kilka milionów złotych.

Rzeczy przyziemne: zakupy, prowizje, opłaty

Towary na półkach sklepowych miewają cudowny dar drożenia w drodze do kasy, czasem nawet o kilkadziesiąt procent. Z takiego przekłamania można całkiem dobrze wyżyć, nabijając wyższą cenę, a szanse zdemaskowania manipulacji są znikome. Są minimalne właśnie dlatego, że ledwie garstka społeczeństwa potrafi w pamięci zsumować ceny zaledwie 3-4 produktów, nie mówiąc o zadaniu sobie trudu zsumowania na kalkulatorze cen zawartości wózka dużych weekendowych zakupów.
 
Druga ważka kwestia to niewytłumaczalny racjonalnie geniusz słowa „promocja”, pod którym często przemycane są gigantyczne marże. Jeśli rzekomy rabat sięga np. 50 proc., to daje to wyobrażenie, jak wielki narzut był stosowany przed obniżką. Promocje o wątpliwej wiarygodności uskuteczniane są masowo przez wielkopowierzchniowe galerie, które setkami sklepów łowią w swoje sidła nowe zastępy matematycznie nieświadomych „zakupoholików”. Produkowane w Chinach tandetne zabawki czy ubrania sprzedawane są po cenach wielokrotnie wyższych wskutek horrendalnych narzutów. Klienci detaliczni przepłacają hurtowo, coraz częściej finansując zakupy przewartościowanych produktów za pomocą pożyczek gotówkowych, co ostatecznie tylko lewaruje ich straty i rujnuje status materialny.

Dajemy się również solidnie doić instytucjom finansowym, które traktując nas jak gotówkowe mięso armatnie serwują prowizje i opłaty na poziomie uwłaczającym standardom europejskim. Nieświadomość drożyzny nie prowokuje to wywierania presji na banki, by te swoje opłaty obniżyły, ba: wetując sobie kryzys koszty te są jeszcze bardziej śrubowane. Osobną kwestią są chybione systemowe rozwiązania, wedle których miernie zarządzające pieniędzmi przyszłych emerytów OFE solidnie uwłaszczyły się na procederze niepomnażania zgromadzonych składek. Wszelkie koszty pochłonęły już niemal 10 mld zł i mogłyby być znacznie niższe, gdyby świadomość ekonomiczna wzięła górę nad tendencyjnością regulacji. Gigantyczne słupki strat piętrzą się więc z każdej strony.

Krótkie podsumowanie

Można by jeszcze wymienić dalsze newralgiczne miejsca wycieku naszych pieniędzy wskutek panoszącego się matematycznego analfabetyzmu: począwszy od lichwiarskich widełek kupna/sprzedaży w rozliczaniu walutowych kredytów hipotecznych, poprzez nieliczenie się z kosztami generowanymi przez paliwożerne i zdezelowane wraki jeżdżące po naszych ulicach, skończywszy na braku matematycznego uświadamiania swoich pociech przez rodziców w trakcie wychowywania, niezależnie od szkolnej kulejącej edukacji.

Każdy rok dalszej, zarówno systemowej jak i społecznej negacji roli matematyki w naszym życiu wystawiać będzie nam wszystkim coraz wyższe rachunki. Pokrętnie szukając oszczędności tam gdzie ich nie ma, lekką ręką bez umiejętności kalkulacji naiwnie tracimy dużo większe sumy. Uświadomienie sobie zarówno przez elity, jak i zwykłych obywateli, że bez podstawowej matematycznej ogłady w życiu daleko się nie zajdzie tak samo jak bez znajomości ojczystego języka, powinno urosnąć do rangi priorytetu nie cierpiącego dalszej zwłoki.

Bartosz Stawiarski, Wealth Solutions

11:20, bartosz.stawiarski
Link Komentarze (6) »
poniedziałek, 18 maja 2009
5 lat po akcesji do UE: nie tylko blaski (część II)
5 lat po akcesji do UE: nie tylko blaski (część II) Traktat lizboński i demokracja z ograniczeniami  

Na zgliszczach odrzuconej przez Francję i Holandię szumnie promowanej Konstytucji Unii Europejskiej stworzono opasły dokument zwany skrótowo traktatem reformującym. Dokument ten ujrzał światło dzienne w grudniu 2007 r. i kojarzony lepiej jest pod nazwą traktatu lizbońskiego. Pomimo pozornie nowej formy tej umowy międzynarodowej, liczne istniejące zapisy okraszono poprawkami, a pewne kompetencje instytucji unijnych poszerzono kosztem części suwerenności poszczególnych krajów.

 

Przewiduje się m. in. redukcję liczby komisarzy przy Komisji Europejskiej do 18 (dziś każdy kraj członkowski ma swojego przedstawiciela), likwidację rotacyjnego półrocznego przewodniczenia w Radzie Europy na rzecz 18-miesięcznego ale sprawowanego przez trójki państw. Powstaje również stanowisko Przewodniczącego RE, wybieranego na 2,5-letnią kadencję. Ponadto poszerzeniu ulegają unijne kompetencje na polu polityki zagranicznej i bezpieczeństwa poprzez stworzenie drugiego unijnego „superministra” od tych spraw. Relatywistycznie potraktowano kwestię inicjatywy obywatelskiej: minimum 1 mln obywateli ze „znacznej liczby” państw członkowskich może wnieść projekty ustawodawcze. Powstaje pytanie czy „znaczna liczba” jest jednako pojmowana przez mocarstwa starej i nowej Unii?

Wedle dość szerokiej opinii traktat ów stanowi przemycenie wcześniej upadłej konstytucji kuchennymi drzwiami z polecenia największych mocarstw. Dowodem na to, że czołówka notabli zdecydowała się wziąć losy większości populacji Starego Kontynentu w swoje ręce z pominięciem głosu obywateli są konsekwentne unikania referendów podczas ratyfikacji w kolejnych krajach (chociaż sposób jej przeprowadzenia teoretycznie pozostawiono do indywidualnego wyboru). Obawiając się ponownych porażek przyjęto pośpieszne ścieżki ratyfikacji parlamentarnych, przy okazji cudownie cofając czas: w kilku przypadkach przyklepanie dokumentu nastąpiło przed powstaniem jego tłumaczenia na rodzime języki.

 

Paneuropejska machina toczyła się pomyślnie do chwili odrzucenia traktatu w Irlandii, gdzie referendum było nieuniknionym obowiązkiem (czerwiec 2008). Wkrótce zawahała się również Polska oraz Czechy i wysocy unijni urzędnicy natychmiast rozpętali histerię, odkrywając swoje prawdziwe, pseudodemokratyczne oblicze. Niewybredne naciski na prezydenta Lecha Kaczyńskiego (pomimo, że niemiecki prezydent również nadal nie złożył podpisu pod dokumentem) to nic w porównaniu z przedstawieniem urządzonym niedawno w Pradze przez lewackiego dygnitarza Daniela Cohn-Bendita  i chadeckiego Hansa Gerta Pötteringa. Na szczęście prezydent Vaclav Klaus stawił czoło zakrawającym na terroryzm pogróżkom unijnej delegacji i dotychczas czeska ratyfikacja wisi w próżni. Aby dopiąć celu, na fali podsycania strachu przed panującą recesją planuje się powtórzenie irlandzkiego referendum, co stwarza furtkę do niekończących się powtórek procedur legislacyjnych aż do uzyskania pożądanego skutku.

 

Te niepokojące działania powinny otworzyć oczy rzeszom tych, którzy postrzegają instytucje Unii Europejskiej jako uosobienie egalitaryzmu i obiektywizmu. Jakość owego miodu wolności daleka jest od ideału, a w jej ulepszaniu coraz czynniej zaczynają brać udział nowe kraje członkowskie, świadome bycia ogrywanymi. Wbrew lansowanemu eurofanatycznemu bezkrytycyzmowi proces ten nie jest wyrazem anarchizacji, lecz patriotycznym gestem upominania się o swoje niezbywalne prawa i wartości. Dzięki temu na brukselskich salonach ma szansę zagościć świeższy powiew odnowy, pozwalający na organiczny powrót do szczytnych acz coraz bardziej zdezawuowanych wzniosłych haseł. 

 Parcie do wspólnego pieniądza 

Wejście do strefy euro to priorytet obecnie rządzącej w Polsce klasy politycznej. Rezygnacja ze złotego ma być lekarstwem na wszelkie gospodarcze zło, a odpowiednią retorykę wzmacniają niedawne wielomiliardowe skandale związane z opcjami walutowymi. Tymczasem bez integracji walutowej widać, że polskie ceny w wielu dziedzinach już dostosowały się do zachodnich, a płace ciągną się daleko w tyle. W wymiarze społecznym, czyż nie byłoby policzkiem w twarz milionów emerytów pobieranie z grubsza dwustu euro miesięcznie?

 

Oddanie władzy monetarnej w ręce Europejskiego Banku Centralnego stanowi formę wyrzeczenia się narzędzi do stymulacji własnej gospodarki. Oczywistym jest, że wskutek zróżnicowanych profili gospodarczych tak dużej liczby państw nie istnieje Europa jednej prędkości. Kierunek decyzji monetarnych będzie dostosowany do kondycji makroekonomicznej Niemiec, Francji czy Włoch, niźli mniejszych krajów naszego regionu. Groźny przedsmak konsekwencji sztywnego powiązania walut z euro i powstałego na tej drodze niedopasowania poziomu stóp procentowych do cyklu gospodarczego daje obecnie casus republik nadbałtyckich. PKB tych okulawionych tygrysów w tym roku zanurkuje o ponad 10 proc., a zwłaszcza Łotwę przed losem Islandii ustrzec może tylko solidna kredytowa kroplówka z MFW.

 

Egzystencja pod skrzydłami unii walutowej nie oznacza gospodarczej sielanki. Uwzględniając obecne załamanie wzrostu gospodarczego (w Niemczech tegoroczny spadek może sięgnąć nawet 6 proc.), w latach 2002-2009 średnioroczny wzrost gospodarczy eurolandu będzie bliski zeru, czyli ogólnie jedna długa stagnacja. Warto odnotować, że w żadnym z pierwotnych 12 krajów, w których wprowadzano euro, nie odważono się przeprowadzić w tej sprawie referendum. Nieliczna warstwa eurokratów zagrała na nosie regułom demokratycznym, uszczęśliwiając na swoją modłę całe społeczeństwa.

 

W przeciwieństwie do Wielkiej Brytanii i Danii nie zdołaliśmy sobie zastrzec w negocjacjach, by docelowe wejście do strefy euro nie było imperatywem. Właściwie do końca nie wiadomo, co nam może grozić za pozostanie poza unią walutową, gdyż teoretycznie datę akcesji można odraczać w nieskończoność. Kampania informacyjna pośród stert biurokracji i lawin bezowocnych szczytów prowadzona jest nieudolnie. Warto obserwować lekcję Słowacji, w której po przyjęciu euro ludność masowo szturmuje za zakupami Węgry i Polskę w ucieczce przed drożyzną. 

 

Na fali niedawnych turbulencji walutowych rządowe parcie do unijnego bilonu i banknotów w miejsce złotego przybrało na sile. Niczym z kapelusza wyciągano bliskie terminy wejścia do korytarza wahań ERM2, wiedząc ale nie mówiąc publicznie, że to nierealne zarówno z przyczyn proceduralnych, jak i z racji rozchwianego rynku walutowego. Forsowano te mrzonki w dniach, gdy dzienne odchylenia kursu złotego do euro sięgały +/- 4 proc. Euro ma być panaceum niwelującym ryzyko kursowe i wszelkie koszty transakcyjne. Przy okazji oczerniono opcje walutowe jako narzędzie do generowania strat, choć odpowiedzialne używanie derywatów pozwala dobrze zarządzać ryzykiem kursowym. Ceną za tę pozorną stabilność będzie wspomniana utrata suwerenności w sprawach kształtowania polityki monetarnej, która będzie podporządkowana priorytetom francusko-niemiecko-włoskiego triumwiratu. Można postawić wielkie pieniądze na scenariusz nałożenia sowitych kar i reperkusji na Polskę lub inne kraje regionu w razie naruszenia kryteriów z Maastricht (tym bardziej, gdyby się w unii monetarnej już znalazły). Wszystko to w imię równości rozumianej po niemiecku.

 

Pokrętne ścieżki relatywizmu

 

Relatywizm uskuteczniany przez unijnych możnowładców okopanych w murach brukselskich gmachów uległ zapętleniu, samemu się relatywizując. W „wygodnych” sytuacjach dozuje się go w nadmiarze aż po mdłości, natomiast w innych „niewygodnych” przypadkach cudownie znika, ustępując pola nieprzejednanej bezkompromisowości. Co gorsza, dotyczy on fundamentalnych regulacji, na których spoczywa trzon egzystencji eurolandu (który to termin jest przesiąknięty ładunkiem negacji pojęcia narodowości).

 

Widać to na przykładzie kryteriów z Maastricht: Niemcy przez 4 kolejne lata przekraczały dopuszczalny poziom deficytu budżetowego (2002-2005), o rok krócej próg ten łamała Francja. Bez konsekwencji. Tymczasem do nowych krajów przykłada się rygorystyczną linijkę, którą przy pierwszej nadarzającej się okazji zdzieli się po dłoni jak dziecko w przedwojennej szkole.

 

Odnośnie polityki energetycznej widać było jak na dłoni, z kim trzymają Niemcy reprezentowane przez G. Schroedera, nie bacząc na interesy republik nadbałtyckich, państw Grupy Wyszehradzkiej oraz Bułgarii i Rumunii. Nie ustaje forsowanie budowy Gazociągu Północnego z pominięciem protestów państw basenu Morza Bałtyckiego. Dopiero powracające rokrocznie moskiewskie kryzysy gazowe uaktywniły jakieś zawiązki myślenia obronnego w kierunku dywersyfikacji dostaw nośników energii. Szantaże gazowe władne są wyłożyć na łopatki całkowicie uzależnione od rosyjskiego surowca gospodarki Bułgarii, Węgier czy bałkańskie. Mimo to w kwestii obrony Ukrainy i konsekwentnie państw naszego regionu przed gazowym dyktatem Moskwy UE pozostaje zbyt miękka.

 

Specyficzne i stronnicze pojęcie konkurencji prezentuje blisko 70-letnia krewka i często hiperaktywna komisarz Neelie Kroes. Przez dużą część życia związana jest z dużymi prywatnymi firmami, zasiadając łącznie w ponad 30 różnych radach nadzorczych i zarządach (m. in. z branży transportowej), działając na styku polityki i biznesu. Fakt powołania Neelie Kroess na stanowisko komisarza UE do spraw konkurencji właśnie sprowokował pytania o jej bezstronność i konflikt interesów.

 

Holenderska dama wiedzie prym w unicestwianiu naszego przemysłu stoczniowego, wbijając gwóźdź do jego trumny poprzez odrzucenie planu ratowania ostatniej istniejącej stoczni (Gdańsk). Potrząsa przy tym żwawo rózgą w postaci zwrotu pomocy publicznej, naliczonej swoją drogą z kapelusza (mówi się o 10-krotnym jej zawyżeniu względem stanu faktycznego). Wszystko to dzieje się pomimo napiętego portfela zamówień i cenionej, wysokiej jakości wykonania polskich statków. Ani tej pani, ani nikomu na Zachodzie nie przeszkadzała natomiast dotacja w wysokości 110 mln euro dla niemieckiej stoczni w Stralsundzie, która swoją drogą ma relatywnie mało kontraktów.

 

Jednocześnie unijna machina nie ma nic przeciwko pompowaniu miliardów publicznych pieniędzy w nacjonalizację upadłego de facto brytyjskiego banku Northern Rock i innych wygasłych bastionów spekulacyjnej finansjery. Protestów speców od wolnego rynku i uczciwej konkurencji nie wzmaga także niedawna zapowiedź Nicolasa Sarkozy'ego wyłożenia 9 mld euro pomocy publicznej dla francuskich koncernów samochodowych. Zastrzegł też, że mogą one zwalniać personel wszędzie, byle nie na terenie Francji. Takie przykłady jawnie nierównego traktowania wewnątrz Unii można mnożyć.

 Zapowiedź części III 

Trzecia, ostatnia część felietonu traktować będzie o kilku pozostałych sferach paneuropejskiej egzystencji. Nakreślone zostaną zagrożenia dla istniejącego porządku dyktowanego przez najsilniejszych tym słabszym, a także jakie morały mogą z tego płynąć na przyszłość.

 

Bartosz Stawiarski

 
12:27, bartosz.stawiarski
Link Dodaj komentarz »
środa, 13 maja 2009
5 lat po akcesji do UE: nie tylko blaski (część I)
5 lat po akcesji do UE: nie tylko blaski (część I) Wprowadzenie  

Piąta rocznica rozszerzenia Unii Europejskiej o 10 nowych krajów z Polską włącznie wywołała istne tsunami okolicznościowych wywiadów, raportów, parad i bankietów. Adekwatnie do dominującego nurtu euroentuzjazmu, zwykłego Polaka-szaraka uraczono peanami na cześć Wspólnoty, która przyniosła nam rzęsisty deszcz szczęśliwości i skok cywilizacyjny na miarę przejścia od epoki paleozoiku do kenozoiku z pominięciem mezozoiku. Nie negując, ale też nie wyolbrzymiając pozytywów natury głównie finansowej (kuszący strumień miliardów euro), poruszymy aspekty mniej wygodne dla bezkrytycznych adoratorów żółtych gwiazdek na niebieskim tle.

 

Choć postaramy się skupić uwagę na Polsce, to nie da się uciec od naświetlenia niebezpiecznych tendencji i niekiedy mało demokratycznych praktyk wobec innych „świeżych” krajów członkowskich.

 

Zamiast przytaczania deszczu statystyk i słupków, w niniejszym materiale poruszone zostaną aspekty często niematerialne, wytyczające ramy życia Europejczyków. Wbrew pozorom, poprzez odgórne „słuszne” normy, ingerujące w całokształt egzystencji i hurtowo modelujące sumienia, to właśnie te subtelne kwestie rzutują na tożsamość przyszłych pokoleń w takim ponadpaństwowym konglomeracie. Położenie dużego nacisku na uwypuklenie coraz mniej demokratycznych taktyk postępowania unijnych notabli jest celowe, gdyż stare państwa UE zaczęły rozmijać się z fundamentalnymi hasłami wolnościowymi, stanowiącymi zręby zjednoczonej Europy. Pośród kawalkady uniesień i zachwytów nie można zbyć milczeniem tych mniej jasnych i budzących wątpliwości, drugich stron owego medalu.

 Szkic europejskiej wieży Babel 

Stale podkreśla się postępy na drodze jednoczenia się Starego Kontynentu od połowy XX w. Od lat imputuje się, jakoby narody żyjące w sercu Europy dopiero do niej zmierzały, tak jakby w niej nie były od ponad tysiąclecia. Tymczasem zapóźnienia w głównej mierze materialne wynikają z odwiecznego urabiania historii na modłę największych mocarstw ponad głowami tych mniejszych, sprowadzanych do parteru w Trianon, Teheranie, Jałcie i innych miejscach zapadania przełomowych ustaleń geopolitycznych.

 

Czerpanie ze źródeł równości, braterstwa i wolności, bijących z francuskich barykad końca XVIII w. doprowadziło przez powojenne dekady do zaniku granic, wspólnota w zamyśle gospodarcza obejmuje także inne wymiary egzystencji (nieraz w sposób inwazyjny). Pierwotne szczytne idee podlegają wypaczeniu, pomimo że wszystko staje się otwarte, łatwe, bez barier i do bólu poprawne politycznie, przy czym termin „poprawne politycznie” można rozciągnąć na każdą dziedzinę życia w duchu nadinterpretowanej tolerancji. Procesom tym przyświeca cukierkowa aura zachwytu nad ponadnarodową integracją inspirowaną przez światłe elity zdominowane przez Francuzów, Niemców i obywateli krajów Beneluxu (narody te liczą łącznie niemal 200 mln osób, czyli 40 proc. ludności całej UE).

 

Awans na wyższe szczeble paneuropeizmu podkreśla istniejąca w obecnej formie od dekady wspólna waluta w 16 spośród 27 krajów członkowskich UE. Polityka monetarna sprawowana jest przez wyjęty spod poszczególnych narodowych jurysdykcji Europejski Bank Centralny. Nad wszelkimi regulacjami pieczę sprawuje garstka (w porównaniu do półmiliardowej populacji) brukselsko-strasbourskich eurokratów uzbrojonych w niezliczone dyrektywy unijne. Ogół regulacji zawarty jest w wykładniczo rosnącej stercie zapisów prawnych, ciągle ewoluujących, rozszerzanych i coraz mniej zrozumiałych nawet dla ludzi nauki z tytułami dalece powyżej magistra. Immanentna brukselska skłonność do komplikacji wszystkiego generuje olbrzymie koszty i często zanurza cały ten euroorganizm w toksycznych oparach absurdu. Obecnie trwa autokratyczne przymuszanie niepokornych narodów do przyjęcia traktatu lizbońskiego, rozmywającego kompetencje i grożącego utratą decyzyjności przez drugoligowe państwa członkowskie.

 

Pośród biurokratycznego gorsetu krępującego wszelką wolność życia (a przecież wolność podobno wiodła lud na barykady pod koniec XVIII w.) mędrcy są głusi na konstruktywne słowa krytyki ze strony nowych państw członkowskich. Naświetlone poniżej zagadnienia i problemy dowodzą, że w imię specyficznie pojętej égalité kraje Środkowej Europy nierzadko sprowadzane są do roli odźwiernych i służących. Wskutek tego szumne hasła poszanowania, partnerstwa i uczciwego współistnienia podlegają silnej erozji.

 Rolnicze miraże dobrobytu 

Do obszarów wiejskich popłynęły imponujące jak na nasze realia unijne pieniądze, bo w przeliczeniu niemal 40 mld zł. Dopłaty bezpośrednie pozwoliły nieco zmodernizować wsie, jednak mało kto się raczy zająknąć nad tym, za jak wielką cenę biurokratycznej golgoty zostały one pozyskane. Przeciętny rolnik musi wypełnić stosy formularzy, w których czyhają niejasności grożące błędnym wypełnieniem i odrzuceniem wniosku. Lwią część powyższej kwoty stanowią dopłaty obszarowe dla gospodarstw powyżej 1 hektara. Co najważniejsze, zasadnicza większość tego smakowitego tortu przypada ziemskim możnowładcom z latyfundiami o powierzchniach liczonych w kilometrach kwadratowych, jak również firmom z kapitałem zachodnim. Np. ponad 8 mln euro z tego tytułu w latach 2006-7 zgarnęła brytyjsko-irlandzka firma Top Farms operująca w Wielkopolsce i na Opolszczyźnie. Podobne kwoty inkasują obecni na Pomorzu Duńczycy (12,5 tys. ha), a mający wymierne kłopoty z prawem Henryk Stokłosa również zaczerpnął milion euro. Drobni rolnicy stanowiący liczebnie zasadniczą większość otrzymują symboliczne kwoty. Mogą się pocieszyć systematycznym wzrostem cen nieruchomości rolnych, wykupywanych przez bogaczy właśnie pod unijne dopłaty, a więc wkrada się tu spekulacja.

 

Przypomnijmy, że działania UE na niwie rolniczej są zniewolone przez farmerskie lobby zachodnich mocarstw. Wsparcie rolnictwa pochłania aż 44 proc. budżetu unijnego szacowanego na 120 mld euro. Przemożne korzyści odnoszą niemieccy, francuscy czy włoscy dziedzice, otrzymując wyższe niż rolnicy z nowych państw członkowskich dopłaty obszarowe dzięki większej produkcji, determinującej wielkość świadczeń.

 

Tajemnicą poliszynela są - delikatnie rzecz ujmując - mało przyjazne kroki Brukseli w stosunku do polskiego przemysłu rybnego oraz cukrowniczego. Problem godnej współczucia sytuacji polskich rybaków na szczęście ujrzał światło dzienne w mediach. Kosmetyczne, łaskawe zwiększenie limitów połowowych nijak się ma do faktycznej zasobności rybnego inwentarza w wodach Bałtyku. Z ubiegłorocznych doniesień prezesa Związku Rybaków Polskich Grzegorza Hałubka wynika, że figurujące w dokumentach Komisji Europejskiej wolumeny dorsza mogą być nawet 10-krotnie zaniżone. Idzie to w parze z kompleksową polityką faworyzowania niepolskich rybaków i złomowania naszych kutrów w zamian za jednorazowe jałmużny i pożegnanie się z zawodem uprawianym od pokoleń.

 

Weźmy na celownik coraz bardziej kulejący polski przemysł cukrowniczy. Pod płaszczykiem prywatyzacji pozwolono na germanizację naszego rynku cukru, wyprzedając liczne cukrownie konglomeratom Nordzucker oraz Südzucker. Po czym ci ostatni, długo się nie zastanawiając, przystąpili do zamykania polskich zakładów (choćby kluczowy potentat w Lewinie Brzeskim). Nie cierpiące sprzeciwu zalecenie UE w sprawie redukcji produkcji cukru (w ramach ogólnej, chybionej unijnej reformy tego rynku) wymusiło na Krajowej Spółce Cukrowniczej zamknięcie cukrowni w Łapach, Lublinie i Brześciu Kujawskim. Z wieloletniego eksportera staliśmy się importerem cukru (nasze potrzeby ocenia się w br. na  250 tys. ton surowca z zagranicy), podobnie zresztą jak cała wspólnota. Nawet awaryjne wyjście w postaci produkcji cukru trzcinowego prowadzi do wzbogacenia się kompanii zachodnich: cukrownię w Glinojecku  posiada British Sugar Overseas, który przymierza się do rafinacji tego surowca. Ma to dać 200 tys. ton cukru rocznie. Czy pamięta jeszcze ktoś cukier po niecałe 2 zł za kg?

 

Na koniec tej sekcji pytanie: dlaczego kilka tygodni temu banany nagle zdrożały o 100 proc.? Odpowiedź: z francuskiej inspiracji unijni politycy przeforsowali zaporowe cła na te owoce pochodzące spoza byłych kolonii zamorskich Francji. Tak oto wszystkie banany są równe i smaczne, ale banany z francuskich departamentów (Martynika, Gwadelupa) są równiejsze i smaczniejsze od innych spoza kolonii (Maroko, Kolumbia). Czyli Orwell wiecznie żywy. Ot, wolny rynek z „drobnymi” wyjątkami.

 Zapowiedź części II 

W następnej części opiszemy m. in. pokrętne ścieżki relatywizmu salonów unijnych w podejściu do starych i nowych państw Wspólnoty. Poruszony zostanie kontekst traktatu lizbońskiego, polityki rolnej, a także nierównego traktowania przemysłu w zależności od jego lokalizacji.

 

Bartosz Stawiarski

 

Tekst jest wyrazem osobistych poglądów autora

16:36, bartosz.stawiarski
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 19 marca 2009
Monopol na warszawskiej giełdzie

Monopol na warszawskiej giełdzie

 Przed nami kolejny w kwartalnym cyklu dzień wygasania kontraktów futures i opcji. Nową świecką nadwiślańską tradycją stał się gwałtowny wzrost emocji w miarę zbliżania się sądnego trzeciego piątku miesiąca. Głównym punktem zapalnym determinującym oczekiwanie na giełdowe sztuczki a'la Copperfield jest nienaturalnie wysoka koncentracja otwartych kontraktów w garści jednego silnego podmiotu.  Ciuciubabka czy prawo dżungli? 

Przypomnijmy przebieg ostatnich dni „życia” grudniowej serii najpłynniejszych kontraktów, oznaczonej jako FW20Z8. 16 grudnia ubiegłego roku Komisja Nadzoru Finansowego potwierdziła rynkowe pogłoski o wielkim zaangażowaniu na rynku futures jednego z zagranicznych graczy. Konkretnie, na 4 dni przed wygaśnięciem serii Z8 skupiał on niemal 36 tys. spośród ogólnej liczby 90 tys. otwartych pozycji, stojąc po krótkiej stronie rynku. Nadzór przestrzegał przed ryzykiem dużej podaży akcji pod koniec sesji wygasania, przypadającej 19 grudnia 2008 r.

 

Nawiasem mówiąc, przy okazji publikacji powyższego manifestu przyznano się do wieloletniego zaniechania, czyniącego nasz rynek kalekim: „ze względu na praktyczny brak krótkiej sprzedaży nie jest możliwy arbitraż polegający na jednoczesnym zajęciu długiej pozycji na kontraktach terminowych na WIG20 i krótkiej pozycji na rynku kasowym”.

 

Ostatecznie załamania nie było, gdyż ów delikwent zawczasu częściowo uciekł z rynku, a popyt wykazał determinację w obronie kursów. Problem jednak powraca w przededniu gaśnięcia serii marcowej i równoległego procesu rolowania na „czerwiec” (FW20M9). Niedawno pojawiły się doniesienia o koncentracji na seriach marcowych i czerwcowych. Rozpoczął się drugi odcinek giełdowego serialu pod tytułem „Rolowanie kontraktów futures na WIG20 w warunkach monopolu”. Pewien tajemniczy duet „trzyma” co czwarty kontrakt H9, a niemal połowę M9 skupia zaledwie jeden podmiot (dane GPW, stan na ubiegły czwartek). Przypomniane poniżej fakty dość czytelnie wskazują, jaki tandem kryje się za tak dużą spekulacją.

 (Nie)widzialna ręka rynku 

Zagraniczny Goliat rozpoczął już długi finisz w ramach cokwartalnego, nieskrępowanego manipulowania rynkiem pod ugranie solidnego zysku. Pomimo plusów w USA indeks WIG20 spadał we wtorek o blisko 2,5 proc., zbijany koszykowymi zleceniami sprzedaży pięciu najistotniejszych spółek. W środę również tajemna moc ściąga nasze indeksy w dół, podczas gdy cały świat notuje wzrosty. Taki schemat zagrywek czytelnie dowodzi posiadania dużej ilości krótkich pozycji.

 

Patrząc retrospektywnie, dużo do wyjaśnienia zaistniałego fenomenu wnoszą ujawniane równolegle i zapewne nieprzypadkowo rewelacje autorstwa dwóch „amerykańskich” banków inwestycyjnych: JP Morgan oraz Goldman Sachs. Pod koniec ubr. szczególnie aktywny był pierwszy z wymienionych uzurpatorów do sprawowania globalnego finansowego rządu dusz. Zaczęło się od mocno kontrowersyjnego opracowania z główną przesłanką jakoby Polska była krajem najbardziej w Środkowej Europie podatnym na kryzys walutowy i narażonym na utratę rezerw dewizowych. Potem wymknęła się prognoza 2,81 zł za euro, po czym natychmiast sprostowano, że euro pomylono z... dolarem. Ledwie kilka sesji wcześniej kurs tego samego euro typowano już na 4,1 zł. Po drodze panowie dokonali jeszcze fixingu cudów 12 listopada (plus 4 proc. z kapelusza), dziwnie zamknęła się też sesja z 18 grudnia. Najnowsze dokonania to typowanie zerowej dynamiki naszego PKB w 2009 r. (raport opublikowany 19 stycznia, czyli u schyłku antyzłotówkowej histerii).

 

Niedawno do roli władcy marionetek urósł Goldman Sachs, który upodobał sobie tendencyjne analizy dotyczące złotego, tak jakoś dziwnie zgodne z posiadanymi otwartymi pozycjami na rynku walutowym. Najpierw przyznanie się do spekulacji, potem uznanie że złoty jest niedowartościowany, na dniach z kolei znów wieszczenie osłabienia do 4,90 za euro.

 Morał 

Cóż można poradzić zwykłym drobnym inwestorom-szarakom, obecnym na polskim rynku terminowym? Najodważniejsi pewnie spróbują ugrać jakieś kilkadziesiąt punkcików, nieustannie ryzykując doznanie finansowej kontuzji. Inni może spróbują szans w opcyjnej strategii długiego stelaża, a przemożna reszta machnie ręką i z pogardliwie ironicznym uśmiechem będzie obserwować ten kolejny kwartalny odcinek cudów. Chyba ta ostatnia postawa jest najrozsądniejsza.

 

I tak serial ten będzie trwał dopóty, dopóki nie zostaną z urzędu wdrożone limity na ilość otwartych pozycji posiadanych w jednym ręku, np. maksymalnie 5 proc. ogółu kontraktów. Bo o wprowadzeniu krótkiej sprzedaży przed choćby Euro 2028 możemy chyba zapomnieć. Tak samo jak o szansach na porządną animację w segmencie opcji, tudzież karne rozliczenie sprawców coraz większej liczby polskich giełdowych milionowych przekrętów. Bezczynności tej patronuje cytat z piosenki: „wszyscy zgadzają się ze sobą, a będzie nadal tak jak jest.” Miejmy nadzieję, że publikowane od tygodnia przez GPW dane o koncentracji dużych pozycji na rynku futures to wyłom zwiastujący spóźniony początek drogi ku normalności.

 

Bartosz Stawiarski

17:19, bartosz.stawiarski
Link Komentarze (1) »
czwartek, 05 marca 2009
Nieracjonalny pęd do ERM II

Na fali najnowszej odsłony kryzysu z załamaniem złotego w tle rząd nie ustaje w parciu na oślep ku strefie euro. Rozgorzała walka o wejście do korytarza ERM 2 w najbardziej niestabilnym otoczeniu makroekonomicznym od wielu lat. Kwitną dziennikarskie spekulacje o partyzanckich rozmowach w Brukseli. Sztywny rygor pasma kursowego każe jednak w obecnych okolicznościach solidnie wątpić w zasadność tej operacji.

Przypomnijmy pokrótce rys historyczny korytarza ERM. W 1972 r. zrodził się system tzw. „węża walutowego”, w ramach którego odchylenia kursów walutowych partycypujących państw ograniczono do 2,25 proc. Następnie w 1979 r. powstał Europejski System Walutowy opierający się na koncepcji stabilnych kursów walutowych. Jednym z jego składników był właśnie korytarz, czyli Mechanizm Kursów Walutowych (ang. ERM - Exchange Rate Mechanism), ustalający kurs do ECU (którego obecnym wcieleniem jest euro).

Niewiele się mówi, dlaczego w 1993 r. widełki poszerzono do +/-15  proc. Otóż mechanizm w ówczesnej wersji nie zdał egzaminu w przypadku niemałej liczby krajów. Funt brytyjski, włoski lir jesienią 1992 r. opuściły korytarz w wyniku ataku spekulacyjnego (pamiętna zagrywka George'a Sorosa), dewaluacji uległy również waluty Hiszpanii i Portugalii.

Jednym z postanowień przyjętego w 1997 r. Paktu na Rzecz Stabilizacji i Wzrostu była, oprócz zobowiązania państw członkowskich do kontroli deficytu budżetowego poniżej 3 proc. PKB,  nowa wersja korytarza, czyli ERM 2. 15-procentowe widełki pozostawiono, a walutą odniesienia stało się wprowadzane od 1999 r. euro. Uczestnictwo w ERM 2 państw spoza unii gospodarczo-walutowej oraz krajów kandydujących było dobrowolne.

Po rozszerzeniu UE w maju 2004 r. jej nowe kraje członkowskie przyjęły różne strategie. Litwa, Estonia, Łotwa, Słowenia, Cypr, Malta i Słowacja ogłosiły przystąpienie do korytarza, przy czym pierwsze dwa kraje zastosowały silniejszy reżim praktycznie sztywnego powiązania swych walut z pieniądzem unijnym. Słowenia i Słowacja już się znajdują w strefie euro. Polska, Czechy i Węgry po dziś dzień nie weszły do mechanizmu ERM 2.

Jeśli decyzji nie podjęto w bardziej sprzyjających warunkach makroekonomicznych, to dziś takie wejście byłoby tym bardziej ryzykowne. Zwłaszcza, że casus republik nadbałtyckich dowodzi istnienia zagrożeń dla stabilności gospodarek nawet podczas przebywania w korytarzu. Sztywne powiązanie z euro wywołało tam boom kredytowy (stopy w euro były z punktu widzenia tych państw za niskie), gwałtowny skok inflacji i ostatecznie silne przegrzanie, które doprowadziło do obecnej recesji. Nie obyło się bez działań stabilizacyjnych. Rachunkiem wystawionym za zbyt szybki rozwój napędzany tanim kredytem jest późniejsza bardziej dramatyczna dekoniunktura. Swoją drogą, umocnienie litewskiego lita czy estońskiej korony wobec złotego w takim samym stopniu jak aprecjacja euro (z racji wspomnianego usztywnienia kursów) nijak się ma do spadających o 5 lub więcej proc. gospodarek tych państw. Doszło do kompletnego wypaczenia godziwej wartości walut nadbałtyckich, podczas gdy kraje te ocierają się wręcz o bankructwo.

Przejdźmy do konkretnej argumentacji i zobaczmy na przykładzie złotego, jak korytarz ERM 2 działałby w praktyce przez ostatnie lata. Przeanalizujmy zachowanie kursu EURPLN począwszy od naszego wejścia do Unii Europejskiej na tle 15-procentowego pasma w mechanizmie. Jako zbiór danych wzięto dzienne kursy NBP tej pary (fixing) za okres od maja 2004 r. do chwili obecnej. Dla każdego roboczego dnia od naszej akcesji do końca lutego 2007 policzono maksymalne procentowe odchylenie kursu w dół i w górę na przestrzeni następujących po tym dniu 2 lat (czas trwania korytarza). W ten sposób możemy dokonać historycznej analizy stabilności kursu wymiany EURPLN.

Na poniższym rysunku przedstawiono wyniki takiego stress testu, prezentując trajektorię maksymalnych dolnych (kolor czerwony) oraz górnych (niebieski) procentowych odchyleń kursu euro. Uwzględniając długość korytarza zakres czasowy testu rozciąga się od maja 2004 do lutego 2007.

Rys.1. Analiza stabilności odchyleń kursu EURPLN na tle korytarza ERM 2 (opracowanie własne na podstawie danych NBP)

Niskie położenie czerwonej linii prawie do końca okresu świadczy o długotrwałym trendzie umacniania się złotego względem euro. Pamiętamy, że tendencja ta uległa gwałtownemu odwróceniu latem 2008 r., co obrazuje nagły skok maksymalnych odchyleń górnych. Jak widać, na przestrzeni niespełna 3 lat konieczne byłyby trzy interwencje walutowe celu obrony korytarza. W każdym z tych przypadków trwałyby one zapewne przez szereg dni, wywołując wahanie stanu naszych rezerw. Dwukrotnie byłyby to działania osłabiające złotego (skup euro w sytuacji gdybyśmy weszli do korytarza w okresach oznaczonych na różowo) i raz wymagane było jego wzmocnienie - ta ostatnia operacja wiązałaby się z drenażem rezerw walutowych (zielony zakres z początku 2007 r.).

Powyższy obraz należy traktować poglądowo, gdyż interwencje wpłynęłyby w jakimś stopniu na trajektorię kursu, zmieniając również położenie ekstremalnych odchyleń. Jednakże walka z trendami na rynku walutowym zazwyczaj kończy się klęską, czego dowodzą liczne nieudane obrony walut (funta w 1992 r., rubla w 1998 r. i obecnie).

Obecnie panuje olbrzymia zmienność na rynku walutowym. Kurs złotego potrafi się wahać o 4-5 proc. w ciągu zaledwie jednej doby, więc pasmo 15 proc. jest bardzo wąskie. Dość wymownie panującą ruletkę obrazuje zaprezentowany poniżej wykres 2. Dla każdego miesiąca z osobna (od maja 2004 do lutego 2009) policzono średnią bezwzględną dzienną (procentową) zmianę kursu EURPLN.

Rys.2. Dzienna zmienność notowań EURLN dla poszczególnych miesięcy (maj 2004 - luty 2009) (opracowanie własne na podstawie danych NBP)

We wrześniu 2008 r. zaistniała czytelna zmiana jakościowa dynamiki rynku, stanowiąca odpowiedź na nasilenie się kryzysu w USA i Europie Zachodniej. Za ostatnie pół roku średnie bezwzględne wahnięcie dochodzi do 1,5 proc. dziennie licząc po kursach fixingu NBP. Skala wahań mniej więcej potroiła się i żaden korytarz niewiele tu pomoże.

Wzmożona chwiejność złotego jest pochodną dzikiej spekulacji, prowadzącej do oderwania jego wartości w dół względem gospodarczych fundamentów Polski. Zrodziło to paradoksalne i ekonomicznie nieuzasadnione sytuacje, w których np. węgierski forint czy rosyjski rubel zyskały w ciągu pół roku do złotego kilkanaście proc., a ostatnio w ujęciu złotowym drożała nawet ukraińska hrywna. Tymczasem kondycja gospodarcza Węgier, Rosji czy Ukrainy jest dalece bardziej opłakana od naszej, co dowodzi istnienia dywergencji w wycenach lokalnych walut.

Przy obecnym kursie 4,7 za euro korytarz zafiksowałby dolną barierę EURPLN w okolicach 4 zł. Dlaczego kurs ten nie miałby spaść mocniej, jeśli nasz wzrost gospodarczy konsekwentnie przebijałby wynik Eurolandu? Z drugiej strony przeszkadza nam jeden czynnik, mianowicie wirtualny charakter tegorocznego budżetu. W zapisany tam 3,7-proc. wzrost PKB nie wierzy chyba już nawet sam wybitny brytyjski ekonomista, a obecnie polski minister finansów Jacek Vincent Rostowski. Rynek wykazując niechęć do złotego wkalkulowuje ryzyko powtórki z dziury Bauca (2001 r.), dlatego brak cięcia chirurgicznego w postaci nowelizacji budżetu może utrzymać nerwowość na dłużej.

W każdym razie, dzisiejszy kurs złotego na tle forinta lub hrywny zdyskontował katastrofę gospodarczą na miarę bodaj 3- lub 5-proc. spadku naszego PKB w br. Nawet zakładając, że dynamika naszego produktu będzie bliska zeru, pola do dalszego osłabienia złotego już dawno nie ma. Po minięciu kryzysu zarządzający kapitałem zagranicznym (głównie amerykańskim) uświadomią sobie, że koszykowe myślenie przejawiające się w równym traktowaniu środkowoeuropejskich gospodarek to nieefektywne podejście wypaczające wyceny. Kapitał ten i tak powróci do regionu środkowoeuropejskiego, wzmacniając kursy tutejszych walut, a złoty powinien zyskiwać najmocniej, adekwatnie do relatywnie najlepszej kondycji naszej gospodarki. To nasiliłoby ryzyko przebicia dolnej bariery korytarza.

W obliczu powyższej argumentacji miejmy więc nadzieję, że owczy pęd ku korytarzowi ERM 2 zostanie przystopowany, a strojenie piórek przed Brukselą ustąpi miejsca racjonalnej ocenie sytuacji. Pomimo sztywnego rygoru kursowego kilka tłustych lat Litwy, Łotwy oraz Estonii i tak ustąpiło pola przewlekłej makroekonomicznej dysfunkcji. Niech to będzie zimnym prysznicem na głowy tych, którzy bez oglądania się na nasz interes narodowy zdradzają chorobliwą słabość do zbyt silnego parcia na unijne salony.

13:34, bartosz.stawiarski
Link Komentarze (2) »
poniedziałek, 16 lutego 2009
Niebezpieczny opcyjny relatywizm
Dążenie ministra gospodarki Waldemara Pawlaka do ustawowego unieważnienia walutowych kontraktów opcyjnych może się skończyć upadkiem finansowej reputacji Polski. Jaka instytucja bowiem zechce być stroną transakcji terminowej, jeśli na horyzoncie czai się jej anulata? Ryzykujemy krach zaufania do naszego kraju i to na całej linii.

Instrument opcyjny jest w swojej istocie asymetryczny. Jedna strona kontraktu (nabywca, posiadacz pozycji długiej) ma prawo do skorzystania z niego, gdy będzie to opłacalne, za co płaci premię opcyjną. Druga strona (wystawca, posiadacz pozycji krótkiej) ma natomiast obowiązek wypełnić żądanie nabywcy wynikające ze specyfikacji instrumentu, gdy takowe się pojawi. Otrzyma za to zobowiązanie wspomnianą premię, którą zachowa w razie bezwartościowego wygaśnięcia opcji. Aktywo bazowe, jego wolumen, termin i cena rozliczenia są jasno zapisane w specyfikacji derywatu. Po zawarciu takiej transakcji terminowej wszystko jest już w rękach rynku. Takim samym rynkowym prawidłom podlegają wszelakie, nawet najbardziej zawiłe instrumenty pochodne, czy są to opcje azjatyckie, kwantylowe, barierowe, CDSy, swaptions bądź misterne kombinacje różnych instrumentów.

Tymczasem pojawiają się zakusy ręcznego sterowania i wynajdywania jakichś „ale”, „bo poszło nie po myśli spółek” i tym podobnych wymówek. Pachnie a raczej śmierdzi to gospodarką nakazowo-rozdzielczą, w której jedynym słusznym moderatorem gospodarki jest autorytarna pięść systemu. Ceny umowne, rubel transferowy, „pijane” przeliczniki kursu dolara w Pewexach, kartki na cukier, mięso i inne dobra - to już przerabialiśmy ze skutkiem fatalnym. Czy ledwie 20 lat wystarczy aby popaść w katatoniczną amnezję i powracać w objęcia gospodarczego bolszewizmu (niedawno trafnie to nazwał Piotr Kuczyński)?

Przedsiębiorstwa same są sobie winne, że nie rozumieją podstaw funkcjonowania instrumentów finansowych. W sytuacji, gdy się nie rozróżnia między hedgingiem a zwariowaną spekulacją, licząc że się wygra jak na automatach w kasynie - rozum i rozsądek stają się bezsilne. Gdzie kształciły się zarządy tych spółek, że pozwoliły na zniweczenie wieloletniego dorobku organicznej działalności? Fala upadłości przed nami, przy czym nie muszą to być spektakularne przypadki: wiele firm zginie po cichu, bo są one niepubliczne. Realne dramaty dotkną jednak całe rodziny bądź społeczności w mniejszych miastach, gdzie upadłość tych firm oznacza masowe zwolnienia i kłopoty ze znalezieniem nowego pracodawcy.

Banki nigdy nie były i nie będą podmiotami typu non-profit. Bankierzy nigdy nie byli i nie będą wrażliwymi istotami, emanującymi empatią i otaczającymi psychiczną bądź finansową opieką tych, którzy znajdują się w kłopotach. Liczy się optymalizacja wyników biznesowych, a jednym z narzędzi jej realizacji jest aktywność na giełdach bądź rynkach instrumentów pochodnych (zwłaszcza dotyczy to bankowości korporacyjnej). Jeśli kontrahent nie zgłosił sprzeciwu do specyfikacji umowy i zdecydował się wejść w interes jako jej strona, domniemuje się, że akceptuje on wszelkie prawa i obowiązki z niej wynikające. Trudno uwierzyć, żeby w tych nieszczęsnych umowach opcyjnych zostało cokolwiek przemilczane, gdyż mogłoby to skompromitować same banki.

Spinając klamrą ten krótki wywód, powróćmy do zakusów ministra gospodarki. Przypuśćmy, że te opcje zostają unieważnione, ku wielkiej radości kilku tysięcy pogrążonych firm. Wybucha radość, spółki giełdowe, których to dotyczy drożeją nagle o kilkaset procent, dając szybkie zyski akcjonariuszom. Miejsca pracy zostają uratowane, powraca spokój.

Jest to jednak złudny krajobraz szczęśliwości. Trzeba sobie zadać pytanie, jaka byłaby cena takiej operacji? Gigantyczna, wręcz niemierzalna, Panie Ministrze Gospodarki. Tworząc taki precedens można uruchomić katastrofalną lawinę patologicznych roszczeń, rozlewających się na wszystkie sfery działalności gospodarczej i finansowej, grzebiących sens istnienia wolnego rynku. Powstałaby mianowicie ustawowo umocowana furtka do żądania kasacji wszelakich bilateralnych umów przez tych wszystkich, którzy źle obstawili cokolwiek.

I tak, z nutą ironii można wyobrazić sobie, jak ten absurd rodzi najdziwniejsze, wielotorowe konsekwencje. Oto gracz posiadający krótkie kontrakty terminowe na indeks WIG20 domaga się unieważnienia ich gdy tylko nadejdzie hossa, która go przetrzepie po portfelu. Cała rzesza rodzin misternie zwabionych kredytami we frankach szwajcarskich po cenie bliskiej 2 zł szturmuje banki, żądając usztywnienia przelicznika przez cały czas trwania kredytu na poziomie 2 zł. Niedoszli milionerzy oskarżają Totalizator Sportowy o znikome prawdopodobieństwo wygranej, domagając się zwrotu pieniędzy za nabyty nietrafiony los. Zamarza wszelka działalność międzybankowa, bo każdy się boi, że druga strona podważy warunki dowolnej zawartej transakcji terminowej. Ginie wymiana handlowa i wszelka kontraktacja dostaw produktów. Nikt nikomu nie ufa i ustaje jakikolwiek obrót gospodarczy.

Taki opcyjny relatywizm grozi pożogą i totalnym paraliżem, tym bardziej, że sygnały te dochodzą ze strony najwyższych rangą urzędników państwowych. Mleko zostało rozlane. Czas przetrawić te straty, zostawiając to wszystko rynkowi. I czas wreszcie zacząć inwestować w edukację biznesową od zupełnych podstaw, bo w przeciwnym razie staniemy się jako kraj jednym wielkim, antyrynkowym i pozbawionym wiarygodności PGR-em, wtedy już faktycznie z euro po 7 albo i 10 złotych.
09:57, bartosz.stawiarski
Link Komentarze (8) »
poniedziałek, 09 lutego 2009
Stadne zachowania i urodzaj fałszywych proroków

Stadne zachowania i urodzaj fałszywych proroków

Każdy tłumny ruch w kierunku jednej kategorii inwestycji jest odwiecznym sygnałem schyłku opłacalności tychże inwestycji. Tłumacząc to na realia rynków finansowych: widząc takie stadne, euforią podszyte zachowania można mieć pewność nadchodzącego końca dotychczasowego trendu. Ogromna liczba inwestorów którzy ulegli zbiorowej modzie ujawnia się zwłaszcza po przeminięciu hossy, gdy miejsce obiecanych zysków zajmują rosnące straty. Rozmiar porażki byłby mniejszy, gdyby nie bezkrytyczne słuchanie rad fałszywych proroków rynkowych.

Od strony psychologicznej mania tulipanowa z XVII w. niczym się nie różni od manii dotcomów kończącej XX w. Odmienne są jedynie czasy i obiekty inwestycyjnego uwielbienia, natomiast schemat stadnych zachowań pozostaje uniwersalny. Dlatego właśnie podczas korowodu wszelakich cykli gospodarczych wielkie zyski są udziałem mniejszości, która bez rozgłosu korzysta na chciwości i naiwności większości. Te właśnie dwie wady: chciwość i naiwność mogą być w takich sytuacjach przekute w asy w rękawie wąskiej grupki wspomnianych kreatorów nastrojów zbiorowości.

Przez ostatnie kilkanaście lat do rangi takowych kreatorów, ocierających się o wyrocznie, urośli przedstawiciele czołowych banków inwestycyjnych, agencji ratingowych, tudzież co bardziej eksponowani eksperci. Są świetnie obeznani z psychologią tłumu i można postawić dużą sumę pieniędzy, że oni sami szykują się do dokonania inwestycji w kierunku odwrotnym do lansowanego. Są to właśnie działania obliczone na wywołanie efektu skali i to nieprzypadkowo właśnie u schyłku trendów, do których te opinie się odnoszą. Zysk  wpadający do portfeli piewców trwania kończącego się trendu jest tyleż czysty pod względem ponoszonego (minimalnego) ryzyka, co brudny pod względem standardów etycznych.

Na naszym krajowym podwórku, by nie rzec: piaskownicy, również znaleźć można kilku takich specjalistów od kreowania nastrojów mas. Reprezentują oni ważne i aktywne na rynku instytucje, nie wyłączając tych zagranicznych, ostatnio podejrzanie hiperaktywnych. Co jakiś czas podmioty te mają wiele do powiedzenia, niezmiennie w okolicach punktów zwrotnych. Najnowsza historia obfituje w takie przykłady medialnego nagłaśniania i tworzenia niezdrowego szumu.
Przypomnijmy po dwa epizody z hossy i bessy. Nagonka na kupno nieruchomości po cenach oderwanych od fundamentów w połączeniu z manią spółek deweloperskich (2006/2007 r.); medialne kampanie TFI roztaczające wizje wielkich zysków (początek 2007). Epatowanie kryzysem i straszenie dalszymi spadkami giełd, podczas gdy kryzys ten trwa już drugi rok, a giełdy spadły o 50-70 proc. od szczytu (2008/09 r.). Wreszcie najnowsza histeria wokół słabości złotego i coraz głupsze poziomy docelowe dla kursu euro, dolara czy franka - tak jakby Polska notowała parametry gospodarcze Estonii czy Ukrainy.

Jak się okazuje, skuteczność tych prognoz czyni z ich autorów raczej antywskaźniki, ale wspomniana poczytność takiego generuje swoisty efekt dźwigni w postaci dodatkowego nasilenia tłumnych zachowań. Tłum może posłużyć jako zbiorowy dawca sumarycznie wielkiego kapitału. Niematerialna gra na emocjach podszyta jest jak najbardziej materialną grą o olbrzymie stawki. Mechanizm ten można przyrównać do piramidy, w której kilka ważnych źródeł opiniotwórczych wydaje prognozy, wciągając do gry tych, którzy zarażą manią swoje rodziny i znajomych. Te ostatnie (acz najliczniejsze) ogniwa gaszą światło pośród szalejącej kampanii we wszystkich mediach. Tymczasem trend się załamuje, kramik inwestycyjny zostaje zamknięty, a zwycięsko z tej batalii wychodzą ci nieliczni, którzy zachowali niezależne myślenie.

Nie ma nic złego, gdy prognozy czy rekomendacje od dłuższego czasu podążają z trendem, oddając z grubsza faktyczny stan rynku. Podnoszenie cen docelowych w trakcie hossy, obniżanie podczas bessy, korekty PKB, itp. - jest to w pełni uzasadnione. Poważne wątpliwości co do wiarygodności rodzą się w chwili, gdy rozpoczyna się festiwal licytacji wycen, a wśród opiniotwórczych prognostów, analityków, ekspertów, itp. panuje niemal jednomyślność.

Sygnał do ewakuacji z rynku jest tym mocniejszy, im więcej gromadzi się obiektywnych danych sugerujących koniec trendu. W okolicach długoterminowych szczytów i dołków fałszywi prorocy mają swoje pięć minut, za które zwykły tłum płaci największy rachunek. Okazja do zysków z tego tytułu zdarza się raz na kilka albo kilkanaście lat, zatem w takich chwilach nie ma miejsca na żadne sentymenty. Jest chłodna kalkulacja lub ewentualnie bezdenna głupota, jeśli takie rekomendacje faktycznie nie mają podbudowania w zakulisowych działaniach.

Dziś szczególnie niebezpiecznie igra się z wyrokowaniem losu złotego. Na razie padają poziomy 5 lub 5,5 zł za euro, niedługo może usłyszymy 7 albo 10. Trwa sianie paniki, a w kantorach waluty są w niedoborze. U schyłku ubr. szczególnie uaktywnił się jeden z amerykańskich banków inwestycyjnych, który najwyraźniej znalazł sobie nad Wisłą poletko do spekulacji (problem zapadających opcji walutowych chyba nieprzypadkowo zbiegł się w czasie).

W każdym przypadku po minięciu euforii wyceny wracają do długoterminowej równowagi. Przypomnijmy, że ropa naftowa też miała dojść do 250 czy 400 dolarów za baryłkę ledwie pół roku temu. Według licznych przedstawicieli funduszy inwestycyjnych polskie akcje były niezmiennie „atrakcyjne” nawet podczas monstrualnej bańki z 2007 r. Dlaczego dziś, po spadku giełdy o ponad 60 proc. ci sami eksperci zamilkli. Czyżby teraz z kolei było drogo?
 
Fałszywi prorocy pozostają bezkarni i dobrze zarabiają na uprawianym procederze. Dobrym przykładem są opływający w milionowe premie skompromitowani notable z upadających anglosaskich banków inwestycyjnych, którzy do spółki z agencjami ratingowymi dosłownie naganiali na instrumenty oparte o śmieciowe hipoteki. Obecnie są wielomiliardowe straty rozprzestrzenione na całe gospodarki.

Zachowanie dystansu pośród szumu i wstrzemięźliwa nieufność wobec wysypu rekomendacji w dobie zmiany trendu to remedium na potencjalne tarapaty. Racjonalna kalkulacja pozwala nie przespać dogodnego momentu ewakuacji, zwiększając szansę uniknięcia finansowej kontuzji, której leczenie trwa latami. Jeśli nie akceptujesz ceny 5 zł za bochenek chleba, to na tej samej zasadzie nie akceptuj przepłacania w innych sytuacjach, gdy w grze są dużo większe stawki. Analogicznie, nie daj się ogołocić z aktywów za ułamek ich godziwej wartości.

18:12, bartosz.stawiarski
Link Komentarze (6) »
 
1 , 2 , 3