Gospodarka, makroekonomia, giełdy: niezależnie, merytorycznie i bezkompromisowo
Bartosz stawiarski
RSS
Kategorie: Wszystkie | Komentarze
RSS
środa, 30 czerwca 2010

Jako wakacyjny prezent i zarazem na zamknięcie półrocza giełdowy debiut Tauronu miał wedle wszelkich i wielkich nadziei być przyjemną powtórką z rozrywki dostarczonej przez PZU. Pomimo obniżonej jeszcze podczas oferty publicznej ceny i to o niemal 20 proc. (z 6,3 do 5,13 zł po scaleniu 9:1) debiut wypadł dokładnie na zero. Punktualnie o 9 rano panel na Książęcej wypluł mizerne pięć złotych trzynaście groszy za walor. Drugi niewypał energetyczny na polskim parkiecie w ciągu ledwie pół roku stał się faktem.

Od Budziska po Bogatynię i od Świnoujścia po Ustrzyki Dolne do opinii publicznej przebiły się jednak aż całe dwa głosy zadowolenia z tego defektu. Pierwszy, ekonomicznie uzasadniony padł ze strony KGHM, któremu jak najbardziej na rękę tanie papiery w obliczu zamiarów zwiększenia zaangażowania. Drugi za to był całkiem kuriozalny: propagandę sukcesu szerzył... minister skarbu Aleksander Grad. Istotnie: w porównaniu z nie tak dawną "wtopą" z katarskim inwestorem-widmo w stoczni obecne wydarzenie można poczytać za sukces, jako że nie było większą niż tamta porażką.

W sumie gdyby spojrzeć na to inaczej to... może jednak sukces? Wszak trochę dziury budżetowej udało się zasypać, ale społecznego pożytku z tego jakoś nie widać. Z drugiej strony, ciekawe o ile wzrósł choćby koszt obsługi długu zagranicznego z racji kilkunastoprocentowej deprecjacji złotego w krótkim czasie? Więc sukces jednak jest jednakoż dęty, co iluzoryczny.

Przypomnijmy jeszcze krótko jesienną, jak się okazało groteskową ofertę PGE. Przy cenie emisyjnej 23 zł, redukcji zleceń w wymiarze 96 proc. oraz debiucie bodaj 26 bez kilku groszy dało to praktycznie zero zarobku ciułaczom, ale za to okrągłe 80 "baniek" bankom poprzez prowizje biur maklerskich i koszty oferowanych lewarów. A przecież potem było już tylko gorzej: kurs obsuwał się, co jakiś czas doświadczając słabych podrywów, aż wreszcie spadł nawet poniżej 20 zł, w której to okolicy sennie się buja od wielu tygodni. Gdzie są ci wszyscy chętni, co się tak rozbijali po cenie ponad 10 proc. wyższej? Najwyraźniej kolejny raz w karierze GPW stali się mimowolnymi długoterminowymi inwestorami. Trwa zatem "kiszenie" tudzież długie leżakowanie akcji PGE w detalicznych portfelach.

W przypadku Tauronu prosta kalkulacja dowodzi, że zaledwie szczątkowy odsetek "drobnych" zdecydował się uciąć straty w dniu debiutu. Kurs zamknięcia na poziomie 5,05 zł oznacza jakieś 100 zł straty dla przeciętnego ciułacza, który zgłosił akces na maksymalną dozwoloną pulę. A byłoby dobrze ponad 200 "po pleckach" gdyby nie redukcja o 37 proc.! Czasem więc niepełny przydział może się paradoksalnie okazać zbawienny. Nadchodzą czasy  drugiego portfelowego "kiszenia" kolejnego przedstawiciela sektora energetycznego. Profesorowie, studenci, handlarze złomem, gospodynie, artyści - wszyscy amatorzy Tauronu reprezentujący różne profesje jadą w tym wypadku na tym samym wózku inwestycyjnego dyskomfortu. Pocieszenia mogą oni szukać w KGHM, który planując "zebrać" z rynku dodatkowe około 100 mln akcji będzie hamulcowym dalszej przeceny.

 

Z pojawienia się na rynku kolejnej dużej defensywnej spółki płynie morał zgoła odmiennego rodzaju. Zapewne niebawem Tauron śladem PGE i PZU zagości w składzie naszego głównego indeksu WIG20. A to oznacza ni mniej, ni więcej jak swoiste jego "zamulenie", rozumiane jako stłumienie zmienności. PGE i PZU już mają weń łączny 16-proc. udział, a że ceny tych walorów ewoluują w tempie babci na fotelu bujanym, to spadek rozpiętości wahań wskaźnika mamy zagwarantowany. To oznacza w perspektywie mniejsze "przejazdy" w górę i dół, co zresztą już widać. Indeks S&P500 zakończył fatalny kwartał i półrocze na najniższym tegorocznym poziomie, podczas gdy WIG20 ledwie zjechał poniżej 2300 pkt. Trzyma się tym samym dobre 100 pkt powyżej swojego analogicznego minimum wytyczonego w lutym. FW20 ma wszelkie szanse stać się kontraktem defensywnym - ironizując, może OFE się zainteresują?

Za ten stan odpowiada redukcja udziału walorów bardziej agresywnych (KGHM, PKN) na rzecz wspomnianych defensorów. Spadek zmienności przełoży się na niższą wycenę opcji OW20, ale marna to pociecha kupować "outowe" serie jeśli mocno spadło prawdopodobieństwo znacznego ruchu na indeksie bazowym. Szanse na powtórzenie niedawnych zagrywek pod szybującą deltę bądź gammę stopniały. Należy się spodziewać większej popularności serii z cenami wykonania bliższymi bieżącej wartości indeksu.

Tak z grubsza u progu sezonu ogórkowego wygląda kiszenie energetyki po polsku. Bez rychłych nadziei na wybudzenie z tego katatonicznego odrętwienia. Tymczasem jutro kolejne, n-te podejście do krótkiej sprzedaży. Na zasadzie indukcji matematycznej wyprzedzająco i raczej bezcelowo pytam: kiedy następne, (n+1)-wsze?

 

Bartosz Stawiarski

piątek, 04 czerwca 2010

  

4 czerwca - historyczny dramat Węgier i słowackie ujadanie

Datę 4 czerwca osobiście uważam za idealny moment do odskoczenia od tematyki giełdowo-gospodarczej na rzecz jednej, notorycznie tego dnia w polskich mediach pomijanej sprawy społeczno-narodowościowej. Rzecz dotyczy Węgier, które za sprawą licznych wspólnych historycznych zawieruch traktują nas (niestety ze słabym odwzajemnieniem) jako bratnie państwo. Stąd tym bardziej czuję imperatyw moralny, by nieco odkurzyć zapomniany naród o wielkiej historii. Tak się składa, że dziś mija 90. rocznica ustanowienia dramatycznego traktatu z Trianon, wskutek którego Węgry utraciły 60 proc. ludności i 70 proc. terytorium na rzecz raczkujących krajów ościennych.

Temat ten poruszam właśnie dziś, by na chwilę uciec od corocznie rozpętywanego szumu wokół "cudownych" narodzin polskiej demokracji przy "okrągłym stole", obfitującym w prawdziwych patriotów, ale też najeżonym czerwonymi oportunistami adaptującymi swe karierki do realiów transformacji. Mam dzisiaj jednocześnie w pamięci chińskich orędowników demokracji, pomordowanych dokładnie tamtego samego dnia i roku 21 lat temu przez bezwzględny, komunistyczny "beton" z Pekinu. W tę traumatyczną dla Węgrów 90. rocznicę upadku premier Słowacji - kraju Unii Europejskiej i członka eurolandu - znów perfidnie obraża naród, który stanowi ponad 10-procentową mniejszość jego własnego państwa. Menu z obelgami autorstwa Roberta Fico wydłuża się, a Europa nadal milczy. Za to sprawa kradzieży napisu z Auschwitz swego czasu wywołała więcej hałasu niż niedawna erupcja islandzkiego wulkanu.

Odparowując ewentualne ataki, mam świadomość półwiecznej (1867-1918) koegzystencji Węgier z Austrią, co nie było dla nas przyjemne w okresie zaborów. Nie śmiem też negować sojuszu węgierskich władz (de facto luźnego od strony operacyjno-militarnej, ale jednak) z hitlerowskimi Niemcami podczas II wojny światowej. Czarne karty w węgierskiej historii są, ale jako przeciwwaga istnieje długa lista kart jasnych (dotyczy to również przyjaznych, konspiracyjnych działań wspomagających polskich uchodźców podczas II wojny światowej). Z tego właśnie powodu istnienia owej przeciwwagi kompromituje się każdy, kto uznaje Węgry za kraj faszystowski, antypolski czy w ogóle odszczepieńczy z racji innej etymologii narodu (plemiona ugrofińskie). Pseudopanslawistyczną demagogię też można odłożyć na bok, gdyż Węgrzy zbudowali swoje fundamenty w Europie już w 896 r. Pobudka!

Węgry po zakończeniu I wojny światowej obciążono odpowiedzialnością równie brzemienną co Niemcy, nakazując obostrzenia i reparacje. Przez całą dekadę premier István Bethlen próbował ożywić gospodarczo kraj, a liczne starania o pomoc zagraniczną torpedowane były przez nowych sąsiadów oraz Francję. Narastała frustracja, a dumę raniło wmuszanie poczucia współwiny dzielonej z Niemcami, które przecież od końca XVII w. tym krajem de facto władały poprzez koronę, co wywoływało cykliczne erupcje powstańcze już od czasów Ferenca Rakoczego. Stąd sukcesywny skręt Węgier ku skrajnej prawicy w latach 30. XX w. László Solyomem odsłonili w mieście Győr pomnik przyjaźni. Stąd formalna uchwała powstała "z uwagi na wspólną wielowiekową historię i przyjaźń obu narodów oraz współpracę na wielu platformach".

 

Tak się jednak składa, że wobec Niemiec postanowienia traktatu wersalskiego traktowano jakoś dziwnie ulgowo. Lament nad biednymi przegranymi uskuteczniać począł niemal natychmiast sam John M. Keynes, znany skądinąd ze swoich zgubnych interwencjonistycznych teorii ekonomicznych. Oficjalne rozmywanie sankcji wobec Niemiec rozpoczęło sie już w 1922 r. w Rapallo, ciąg dalszy perspektywicznie zły dla Polski w 1925 r. w Locarno, dalej dojście Hitlera do władzy w 1930, ciągłe salonowe ustępstwa i głaskanie, poprzez remilitaryzację Nadrenii, Anschluss Austrii, traktat monachijski, po aneksję Czech i Moraw (poprawność nakazywała nazywać to "protektoratem"). Wreszcie ten pełzający, przykpelywany przez franc-germańskie salony rewizjonizm dał początek hipertragicznej II wojnie światowej.

Wróćmy do rocznicy "rozbioru" z Trianon w kontekście coraz częstszych zwarć słowacko-węgierskich prowokowanych głównie przez władze Słowacji. W 1920 r. największy kąsek ówczesnych "Wielkich Węgier" przypadł Rumunii (m. in. Transylwania), następnie tworzącej się Słowacji oraz Jugosławii (wówczas SHS). Dziś, w okrągłą rocznicę tamtego traktatu, na Słowacji tak jak nigdzie indziej łamane są prawa niemal 600-tysięcznej mniejszości węgierskiej, a premier Robert Fico czyni kolejne agresywne wycieczki pod adresem ugrofińskiego narodu. Najnowsza jego wypowiedź dotyczy "węgierskiego ekstremizmu szerzącego brunatną zarazę".

Warto tu wzmiankować co bardziej żenujące dokonania tego quasimęża stanu, serwującego już od 2006 r. nieuprawniony nacjonalizm, cichaczem akceptowany przez tolerancyjną inaczej Unię Europejską. Najbardziej gorące było lato ubr., kiedy w krótkim odstępie czasu nastąpiły dwie groźne prowokacje. Najpierw parlament słowacki uchwalił ustawę represjonującą mniejszość węgierską za używanie ojczystego języka bądź za złe posługiwanie się słowackim. Pod koniec sierpnia bratysławskie władze zabroniły prezydentowi Węgier wstępu do przygranicznej miejscowości Komarno w celu odsłonięcia pomnika bodaj najważniejszego króla Węgier, św. Stefana I.

Mało kto wie, że w 2007 r. parlament węgierski jednogłośnie przyklasnął idei ustanowienia 23 marca Dniem Przyjaźni Polsko-Węgierskiej. Rok wcześniej nie kto inny jak śp. Lech Kaczyński wraz z prezydentem Węgier Laszló Solyomem odsłonili w mieście Gyor pomnik przyjaźni. Stąd formalna uchwała powstała "z uwagi na wspólną wielowiekową historię i przyjaźń obu narodów oraz współpracę na wielu platformach".

 

Zanim się salonowo przyklaśnie Słowianom ze Słowacji w pluciu na "węgierskich faszystów", warto się nieco przyuczyć historii, aby oddać dziejową sprawiedliwość. Prawda jest taka, że statystyczny Węgier jest dużo lepiej obeznany z historią własną i ogólnie naszych narodów, niż przeciętny Polak. Wiem to z autopsji. W Polsce poza galicyjskimi rubieżami (Tarnów, Krosno, w jakimś stopniu Kraków - swoją drogą warto by nadać nowe, lepsze życie restauracji Balaton blisko rynku) zdecydowanie za mało mówi się o Węgrzech. Tymczasem w prawie każdym węgierskim mieście czy miasteczku jest albo pomnik, albo ulica Józefa Bema.

Wiwat silna Polska i silne Węgry!!!

Bartosz Stawiarski

piątek, 07 maja 2010

 

 

Od dłuższego czasu mnożą się coraz głębsze pęknięcia wewnątrz ponadnarodowego eksperymentu monetarnego scementowanego jedną eurowalutą. Kolejne wydarzenia i powiększający się stos złych parametrów makroekonomicznych ujawniają martwicę zapisów ostrożnościowych zawartych w traktacie z Maastricht. Ich pogwałcenie przez Niemcy kilka lat pod rząd w ostatniej dekadzie dało początek rozkładu tego paneuropejskiego tworu. Korozja eurolandu postępuje coraz szybciej za sprawą upadających pod ciężarem zadłużenia państw zwanych - chyba dla zminimalizowania powagi sytuacji - peryferyjnymi. Powstaje pytanie do salonowych eurofanatycznych liberałów: po co na siłę pchać suwerenny, polski naród  z własną dobrą walutą do walącej się monetarnej wieży Babel?

W celu lepszego zajęcia się tym pytaniem warto wykonać zwięzły, acz ostry rys historyczny. Walka o wolność, równość i braterstwo została okupiona krwią francuskich rewolucjonistów pod koniec XVIII w., zasiewając ziarno godnej niezłomności wśród środkowoeuropejskich narodów podczas późniejszych zrywów powstańczych. Minęło 200 lat i w sercu Europy, pod płaszczykiem owych szczytnych haseł duet Francji i Niemiec de facto przemyca dyktatorską politykę równych i równiejszych (kraje małe i słabsze versus mocarstwa największe i umocowane personalnie  w głównych unijnych instytucjach). Możnym łamanie postanowień z Maastricht  uchodzi płazem, natomiast wobec państw mniejszych, nowo przyjętych do Unii i aspirujących do eurolandu stosuje się prawo pięści w postaci gróźb oraz wymuszania implementacji choćby najbardziej bzdurnych dyrektyw zrodzonych w głowach brukselskich urzędniczych mędrków. Owinięty w salonowe sztafaże franc-germański duopol nie zaznacza sie li tylko na niwie gospodarczej. Oprócz erozji Maastricht i skandalicznego przeforsowania budowy Gazociągu Północnego, rozlewa się on na sferę geopolityczną (np. kłamliwe obwinianie samej Grecji za jej bankructwo, a wcześniej wymuszenie na Irlandii ponownego głosowania nad Traktatem Lizbońskim). Dotyka również wymiaru obyczajowego (mylnie pojęta tolerancja, wpajana większości przez lewacką pseudopostępową mniejszość; ekologiczny terror wokół Doliny Rospudy, biopaliw, GMO).

Już kawałek czasu temu przywitaliśmy XXI wiek, a Unia Europejska równolegle z eurostrefą symultanicznie nurzają się w coraz mroczniejszych odmętach paranoicznego uwiądu. Niedawne wypalenie z pomysłem dotowania wczasów w ciepłych krajach emerytom, rencistom, młodzieży i jakkolwiek pojętym "ubogim" to zaledwie jeden z jaskrawych przykładów socjalistycznego rozdawnictwa, narażającego nowe pokolenia na bankructwo. O rychłej funkcjonalnej zagładzie rozdętego przywilejami tworu  nieubłagalnie przesądza demografia: malejąca subpopulacja w wieku produkcyjnym niebawem będzie musiała tyrać do 70. a może 75. roku życia celem utrzymania rosnącego "nawisu" obywateli w wieku poprodukcyjnym. Dodatkowy obciążnik dla przyszłego rozwoju stanowi pęczniejący geometrycznie szwadron imigrantów z krajów islamskich - zwykle pierwszych w kolejce po zasiłki i ostatnich do podjęcia legalnej pracy.

Pośród przeciągłego kryzysu wywołanego nie tylko wskutek wielkich machlojek w amerykańskim systemie finansowym, ale też przez dekady nieutrzymywalnego życia na kredyt w Zachodniej Europie toczy się dyskusja o dalszym rozszerzaniu strefy euro. Jałowość tych pertraktacji uwidacznia się w rozwoju wydarzeń w Grecji, odgrywającej rolę ponurej forpoczty dla Portugalii, Irlandii, Hiszpanii, Włoch. Tutaj nie ma altruizmu ze strony mocarstw, zamiast tego jest surowy interes i twarda kalkulacja. O pokaźnym bagażu negatywnej przeciwwagi dla udogodnień posiadania jednej waluty napisano setki opasłych opracowań. W takich okolicznościach co rusz powraca niezatapialny temat terminu porzucenia złotego na rzecz euro. Pamiętamy ubiegłoroczne paniczne próby pospiesznego wpychania Polski do korytarza ERM2 w okresie największej od wielu lat zmienności rynku forex. Raz po raz snute są mgliste wizje optymalnej daty wkroczenia pod parasol Europejskiego Banku Centralnego (z wszelkimi płynącymi zeń wyrzeczeniami). A to rok 2013, a może 2015?

Warto także, a może raczej przede wszystkim przyjrzeć się opinii społecznej. Pikujące poparcie dla wspólnej waluty w krajach zachodnioeuropejskich to dawno widoczna tendencja. Sceptyczne nastawienie dość prędko przybierają również Polacy: według ujawnionego kilka dni temu sondażu (źródło: Instytut Gospodarki Szkoły Głównej Handlowej), odsetek euroentuzjastów chcących zastąpienia złotego spadł w ciągu roku z 55 do 42 proc., przy równoległym wzroście przeciwników z 27 do 38 proc. Do świadomości zwykłych obywateli przenikają strukturalne wady narosłe w liczącym sobie dwie dekady monetarnym eksperymencie. Przestaje działać miraż wszelakich dotacji, gdyż w ostatecznym rozrachunku przysłowiowe euro otrzymane na modernizację dróg zostanie wskutek pokrętnych zabiegów księgowych cichaczem oddane na: pomoc dla Grecji, Portugalii czy Włoch, wczasy zachodnich emerytów, dotowanie cen skupu francuskich agroproduktów czy tysiąc innych chybionych inicjatyw Brukseli.

Temat trzęsącej się u swych posad europejskiej wieży Babel można by rozwinąć w powieść o rozmiarach "W poszukiwaniu straconego czasu" Marcela Prousta. Niniejszym postanowiłem jedynie naświetlić co jaskrawsze wątki, które należy poddać szerszej dyskusji i analizie. Pierwsza zasada przyświecająca wszelkim dziejowym decyzjom powinna brzmieć (rozumiana w przenośni): "Nie wchodź do walącego się eurobudynku". Krok taki byłby analogiczny do beztroskiego zwiedzania pokopalnianego, grożącego zawaleniem pustostanu w Wałbrzychu czy na Górnym Śląsku. Jednak jego reperkusje byłyby dalece bardziej zgubne dla całego narodu niż ewentualna śmierć pojedynczych amatorów postindustrialnej turystyki.

Bartosz Stawiarski

14:33, bartosz.stawiarski
Link Komentarze (6) »
piątek, 26 marca 2010

 

Giełdowa gra w trzy kubki

Wokół handlu pięcioma największymi polskimi spółkami oraz kontraktami futures na indeks WIG20 od jakiegoś czasu narasta fala niezadowolenia, przechodzącego nieraz w oburzenie. Niejasne szarpanie notowań akcji z grupy „WIG5” (teraz dojdzie szóste PGE) odbywa się symultanicznie do podobnych zagrywek na najpopularniejszej serii FW20 - zawsze w zgodnym kierunku i prawie zawsze u schyłku sesji, generując wypaczony fiksing końcowy.  Drobni inwestorzy tracą pieniądze wskutek spekulacji przypominającej bazarową grę w trzy kubki, tasowane przez tajemniczego zagranicznego możnowładcę. W grze w trzy kubki mniej poinformowany gracz skazany jest na przegraną.

Pewne analogie można poczynić do pączkujących setkami barakowych miniprzybytków hazardu z maszynami do gier kuszących potencjalnych amatorów zarobku. Tajemnicą poliszynela jest przytłaczające prawdopodobieństwo przegranej na korzyść właściciela „mądrze” zaprogramowanej maszyny. Na tej grze statystycznie traci się w szybkim tempie. Specjalistycznym językiem matematycznym ujmuje się to tak: prawdopodobieństwo ruiny gracza w skończonym czasie wynosi 1. W tym przypadku czas ten jest dość krótki, czego dowodzą liczne rodzinne dramaty uwikłanych w hazardową pętlę. Znów wygrywa lepiej poinformowany, czyli ten kto sprawuje władzę nad algorytmem generującym układy kart czy wzorów na wyświetlaczu maszyny. Te przedsięwzięcia są formalnie legalne, choć inna sprawa, jakie grupy faktycznie za nimi stoją.

Wróćmy do giełdy. Otóż pojawiamy się na polskim szacownym parkiecie giełdowym, któremu zbliża się dwudziesta rocznica egzystencji. Pojawiamy się nie w sensie dosłownym, lecz jako inwestorzy z rachunkami maklerskimi, chętni do pomnażania kapitału na drodze obstawiania kierunku ruchów cenowych w oparciu o dostępne informacje mikro i makro. Od pewnego czasu zadanie to zostało jednak wydatnie utrudnione za sprawą rozkwitłego niebezpiecznego monopolu w segmencie kontraktów futures na WIG20. Dobitnym przykładem egoistycznych działań nadmiernie dominującej zagranicznej instytucji są jej abstrahujące od bieżących informacji poczynania spekulacyjne w dniu wygasania marcowych serii derywatów. Przypomnijmy: nagłe wyciągnięcie indeksu o niemal 100 pkt tuż przed godziną rozliczeniową, po to żeby go zbić o prawie 50 na zamknięciu tej pamiętnej sesji.

Skala koncentracji posiadanych pozycji mówi sama za siebie i przeraża: po zamknięciu sesji 19 marca br. ujawniono, że enigmatyczny londyński manipulant (nie będę się silił na eufemistyczną poprawność) posiada - według informacji na portalu Pulsu Biznesu z 22 marca - między 40 a 45 proc. pozycji FW20 na serii czerwcowej. Daje to około 40 tysięcy kontraktów i po analizie owej sesji sprzed tygodnia tylko kompletny ignorant nie umiałby uzmysłowić sobie, jaki kierunek cen typuje monopolista. Swoją drogą, dlaczego nie można go wymienić z nazwy, jeśli w przypadku akcjonariuszy już 5-procentowy próg posiadania akcji wymusza ujawnienie?

Dla uzmysłowienia finansowej skali działań nadmieńmy, że każde pięć punktów indeksowych daje z 40 tys. kontraktów FW20 przepływ równy 2 mln zł. Wczoraj podobne w stylu ciągnięcie rynku (vide również Węgry i Turcja) także miało miejsce. Cóż za problem: zrobi się fałszywe wybicie, jednocześnie krzycząc o nowym „wielkim” impulsie hossy pozycje się pozamyka. A może i od razu wysoko obstawi spadek. Tym samym kolejny odcinek giełdowej gry w trzy kubki przejdzie do historii, dając sowite profity rozgrywającemu i zostawiając drobnych obkupionych po lichwiarskich cenach.
Po zakończeniu wypaczonej sesji 19 marca pojawiły się mgliste deklaracje Komisji Nadzoru Finansowego, jakoby śledczo zajęła się tą sprawą. Niektórzy w tym samym czasie woleli się rozpływać nad rekordowymi obrotami wygenerowanymi tamtego dnia, poczytując to za milowy kamień w rozwoju naszej giełdy. Można śmiało obstawić, że manipulacja przejdzie bezkarnie. W końcu przecież żadna regulacja nie została złamana, handlowanie „insiderami” w tych przypadkach również w rachubę nie wchodzi. Wszystko legalnie, urzędowo, prawnie.

I tutaj właśnie tkwi główny problem: o ile przeciętny polski konsument bądź przedsiębiorca może znaleźć oparcie w Urzędzie Antymonopolowym, o tyle nic się nie robi z monopolistycznym dyktatem na indeksowych kontraktach futures, notowanych na GPW. Jak oczka w głowie strzeże się wdrażania zasad ładu korporacyjnego, grozi się karzącym batem tym firmom, które nie dopełniają obowiązków informacyjnych. Aktywnie działają stowarzyszenia indywidualnych inwestorów, nagłaśniające uchybienia i dbające o rozwój edukacji z tematyki rynków kapitałowych. I bardzo słusznie. W rażącej sprzeczności wobec tych pożytecznych przedsięwzięć stoi urzędowa niemoc, kompletny bezwład w odniesieniu do rynku terminowego. Wielki gracz rozgrywa swoje hucpiarskie partie, wpisując się w panującą od wielu miesięcy globalną spekulację na wszystkich rynkach. Nie ma miejsca na racjonalną wycenę napływających informacji, gdyż notowania i tak zostaną ustawione przez potężną rękę trzymającą miliardowy portfel. Czy tak trudno jest założyć regulacyjny kaganiec na limit otwartych pozycji, np. do 5 proc. koncentracji, monitorując przy tym stan posiadania instytucji zagranicznych ogółem?

W każdym wymiarze życia brak jakichkolwiek norm i regulacji nieuchronnie prowadzi do swoistej anarchii i zdziczenia. Zawiązują się koterie aspirujące do zdominowania jakiegoś segmentu rynku, a w wymiarze geopolitycznym słabe państwowości padają ofiarą hunt lub dyktatur. Dominacja uzurpatorów trwa, dopóki nie pojawi się ruch oddolny wystarczająco silny, by ją unicestwić. Niekiedy jutrzenka swobody każe na siebie długo czekać, na co wpływ ma zarówno siła żelaznego uścisku tego symbolicznego „dyktatora”, jak i zdolność do samoorganizacji jednostek przezeń ciemiężonych. Mechanizm działania jest taki sam niezależnie od tego, czy mówimy o dyktaturze państwowej, rozbójniczym monopolu np. w sektorze budowlanym, bądź o władczym zagarnięciu dużego kawałka rynku kapitałowego ze szkodą dla rzesz jego drobnych uczestników.

Każdy miesiąc pozostawania naszego rynku terminowego samemu sobie bez ograniczeń limitów koncentracji przynosi postępującą degradację wizerunku giełdy w oczach drobnych inwestorów, którymi ta instytucja powinna być najbardziej zainteresowana. Inwestorzy mówią coraz głośniej: dość indolencji i postępującej samowoli zagranicznych spekulantów!

Analogiczne regulacje powinny już od dawna być wdrożone również za Atlantykiem, ale na razie się tylko o tym mówi. Czyżby bankierzy inwestycyjni (coraz częściej przez wzburzone społeczeństwa nazywani banksterami) wyrastali na nową globalną władzę? Bez sztywnych i bezkompromisowo egzekwowanych regulacji giełdowe monopole lub oligopole spekulacyjne rozbestwiają się, płynnie przechodząc do praktyk graniczących z finansowym terroryzmem. Mogą wywracać stabilność finansową poszczególnych krajów, kreując masowo euforyczne bądź katastroficzne wizje gospodarcze przy pomocy zamawianych pseudoratingów (tam też dominuje zaledwie kilka nazw).

Tymczasem instytucje nadzoru udają, że się pochylają nad problemem, nie zauważając coraz większego zniechęcenia pospolitych inwestorów. Kolejne zwichrowane fiksingi wyznaczają nasz kulawy giełdowy kalendarz. O jakiejkolwiek dotkliwej odpowiedzialności zmanipulowanych pseudospecjalistów wyceniających niegdyś Lotos czy Immoeast na ZERO złotych polski inwestor może pomarzyć. Bez niezbędnych regulacji i obostrzeń w segmencie polskich derywatów reputacja polskiego parkietu będzie topnieć w oczach. No bo po co kopać się na kontraktach z koniem, jeśli można iść do bazarowego szulera, który może na zachętę pozwoli wygrać na salceson i ziemniaki? I wreszcie, w dobie przyspieszonej prywatyzacji wieńczące pytanie: kto z indywidualnych graczy będzie chciał kupić akcje samej GPW, która ma go w głębokim poważaniu na rzecz zagranicznego monopolisty-spekulanta?

Bartosz Stawiarski, Wealth Solutions

15:57, bartosz.stawiarski
Link Komentarze (2) »
czwartek, 25 lutego 2010

 

"Patent" na zyski z miedzi

W poszukiwaniu obiecujących tematów inwestycyjnych dość bacznie obserwuję skrajnie rozchwiane w ostatnich kilku latach notowania miedzi. Strategiczny metal przemysłowy począwszy od drugiej połowy lat 60. przez cztery długie dekady tkwił w hibernacji, z której tylko dwukrotnie wybudzały go zwyżki nieznacznie przekraczające 100 proc. (nietrwały pik w połowie lat 70. oraz wzniesienie na kilkuletni płaskowyż u schyłku lat 80.). Gwałtowna zmiana jakościowa oznaczająca definitywny koniec dwupokoleniowego letargu dokonała się w 2005 r. i od tego czasu miedź obraca się na kolosalnej, niestabilnej karuzeli cenowej.

Aktywo wrażliwe na przebieg cyklu gospodarczego z racji jego przemysłowego wykorzystania powinno tanieć bądź drożeć zgodnie z postępującą recesją lub ożywieniem. Jednak amplituda wahań czerwonego metalu zdecydowanie przewyższa dynamikę realnych procesów gospodarczych, szczególnie jeśli chodzi o wzrosty. Główne ekstrema w ramach pięcioletniego roller-coastera przedstawiają się następująco. Od maja 2005 r. w ciągu kolejnych 12 miesięcy tona miedzi zdrożała z 3 do ponad 8,8 tys. dolarów. W toku dalszych kilku miesięcy balon stopniał do nieco powyżej 5 tys., by w obliczu oczywistej już wtedy recesji i kryzysu w połowie 2008 r. irracjonalnie nadąć się do 9 tys. dol. (równolegle uformowały się wielkie bąble na kilku innych metalach przemysłowych, a także na ropie, gazie i surowcach rolnych). Następnie krach angloamerykańskiego systemu finansowego zmiótł wycenę Cu o 70 proc. do 2,7 tys., a ramy czasowe zaistniałej zapaści obejmują zaledwie drugie półrocze 2008 r. Rok ubiegły naznaczony był cudowną rezurekcją miedzi, która niczym wańka-wstańka podźwignęła się aż do 7,7 tys. dol. na początku br. Ostatnie kilka tygodni to zjazd w pobliże 6 tys. oraz ponowne odbicie niemal do 7,5 tys. Dynamika i skala trendów jest olbrzymia, a za dziennymi zmianami rzędu 3-5 proc. trudno nadążyć.

Nie ma drugiego takiego surowca, który przebrnąłby w analogicznym czasie podobny korowód huśtawek. W tyle zostaje nawet medialnie nośne złoto, którego wycena musiałaby się podwoić, aby w ujęciu realnym pokonać stary rekord z 1980 r. Nachalnie i niezmiennie usprawiedliwia się szybujące wyceny czerwonego metalu chińskim popytem i dwucyfrową dynamiką tamtejszego PKB, które miałyby stanowić cudowną przeciwwagę wobec recesyjnego klimatu całej Europy, Ameryki Północnej i Japonii. Argument w postaci słabnącego dolara już od listopada ubr. nie działa: para EURUSD osłabła przez ten czas o 15 figur. Tymczasem od niemal roku zapasy surowca dynamicznie rosną wraz z cenami (stan zapasów monitorowanych przez Londyńską Giełdę Metali osiągnął pod koniec stycznia 526 tys. ton - najwięcej od 10 miesięcy). Nie tylko przeczy to grze popytu i podaży, ale zakrawa na ekonomicznego anty-Nobla dla instytucji pompujących ten balon. Dominacja spekulacji jest oczywista, jeśli przeanalizuje się zmiany zaangażowania podmiotów typu non-commercial w kontrakty terminowe. Do niedawna silnie przyrastał wolumen długich pozycji netto w gronie spekulantów, osiągając według danych amerykańskiej CFTC na koniec stycznia rozmiar 30 tys. kontraktów (tworzył się wówczas wspomniany lokalny szczyt).

I tutaj pojawia się miejsce na bardzo cenną uwagę: od początku 2007 r. ów bilans zaangażowania spekulantów po przeciwnych stronach rynkowej barykady daje wręcz perfekcyjne, kontrariańskie sygnały do zawarcia intratnych transakcji. Każdy istotniejszy dołek cenowy zbiegał się w czasie z lokalnie maksymalną pozycją net-short (kulminacja przewagi graczy obstawiających dalszą przecenę), po czym miedź odbijała, zaskakując złapaną w sidła błędu większość i wymuszając redukcję nadwyżki spekulacyjnych kontraktów „krótkich” W toku 2008 r. aż trzy razy lokalne maksima nierównowagi pozycji na rzecz spekulantów „długich” trafnie zwiastowały koniec zwyżek. Paniczne zamykanie „longów” przechodzące w agresywną grę na spadki zaowocowało w kulminacyjnej fazie wyprzedaży u schyłku 2008 r. sumaryczną pozycją minus 30 tys. kontraktów. Ponownie dało to bezcenny kontrariański sygnał do przekręcenia się ze strony niedźwiedziej na byczą - stawką był wystrzał o okrągłe 5 tysięcy dolarów na każdej tonie. Dlaczego by zatem, mając tak niezawodny (anty)wskaźnik, nie ugrać na dobrą polędwicę i jeszcze lepszy koniak teraz, gdy rynek wychylił się mocno prowzrostowo?

Wszelkie znaki na ziemi wskazują w moim przekonaniu na znaczne przewartościowanie miedzi, co od niedawna popieram realnym obstawianiem spadku jej ceny przy użyciu opcji i kontraktów terminowych. Kilka ważkich argumentów przemawiających za przeceną to: niemal pewne przegrzanie gospodarki chińskiej (koronny filar dla zwyżek wypatrywanych przez pokaźne stadko komentatorów tym samym upada); nadal słabiutka kondycja rynków rozwiniętych (ileż bilionów można roztrwonić na socjalistyczne stymulacje bez osiągnięcia pożądanego efektu uszczęśliwienia mas?) z ocierającymi się o bankructwo całymi państwami, a także premia w notowaniach wynikła z nader ryzykownej spekulacji funduszy hedgingowych oraz znanych, dużych banków „inwestycyjnych”. Dochodzi do tego lawina fatalnych danych makro przedstawionych w ostatnich dniach.

Mając to wszystko na uwadze, typuję cenę równowagi dla miedzi gdzieś w okolicach 5 tys. dol. za tonę z 10-procentowym pasmem wychylenia w obie strony względem tego poziomu. Jednocześnie jako matematyk mam pełną świadomość ułomności oszacowań na mocno zmiennych rynkach, rozdmuchujących standardowy błąd oceny. Trajektoria przebiegu notowań oczywiście nadal będzie wystrzępiona, ale mimo to prawdopodobieństwo wykrystalizowania średnioterminowej miedzianej bessy wydaje się obecnie wysokie jak mało kiedy przedtem. Miedź stanowi jaskrawy przykład dywergencji, które nieraz – choć rzadko w takiej skali - występują na innych rynkach. Wyłapanie owych rażących anomalii i racjonalnie uzasadniona gra na ich niwelację może wydatnie powiększyć stan portfela w przypadku trafnego obstawienia przyszłej ścieżki cen.

Bartosz Stawiarski, Wealth Solutions

21:37, bartosz.stawiarski
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 19 listopada 2009

Wyjątkowo długi temat: krótka sprzedaż na GPW

Coś się ruszyło w sprawie krótkiej sprzedaży akcji na polskim giełdowym podwórku, opanowanym przez zagraniczną grupę trzymającą kontrakty terminowe. Precyzyjniej: nie tyle się faktycznie ruszyło, ile raczej poczyniono kolejne deklaracje wprowadzenia tego rozwiązania. Ponieważ temat jest prawie tak stary jak nierozliczone przekręty gospodarcze z czasów naszej transformacji, więc i tym razem rozsądek do pary ze sceptycyzmem każą nastawić się na ciąg dalszy bierności (nie tylko w kwestii krótkiej sprzedaży) i zapomnieć o dotrzymaniu ewentualnie deklarowanych terminów. Przy takim nastawieniu przynajmniej łatwiej o pozytywne zaskoczenie w razie, gdyby jednak się udało.

Na razie para „grubych” graczy wedle własnego uznania kręci notowaniami kontraktów na indeks WIG20, który to proceder znacznie im ułatwia właśnie brak krótkiej sprzedaży. W przededniu priorytetowej dla obecnej ekipy rządowej prywatyzacji GPW może wreszcie ujawnią się czyny, tym bardziej że lista pustych deklaracji ulepszania oferty giełdowej jest dłuższa. Już w 2002 r. zapowiadano wprowadzenie certyfikatów na indeksy giełd zagranicznych, bodajże na Nasdaq 100 oraz Eurostoxx 50. (Osobiście w nadziei na ich rychły debiut opracowałem wówczas materiał zaprezentowany potem na konferencji organizowanej przez samą GPW, dotyczącej instrumentów pochodnych.) Po drodze obumarły akcyjne i indeksowe warranty (nawet zagościły te w amerykańskim stylu rozliczenia), będące dobrym przedsionkiem dla opcji z prawdziwego zdarzenia. Sam rynek opcji na WIG20 notuje śladową płynność pomimo 6-letniego już stażu (opcje akcyjne skasowano wskutek braku animacji handlu).

Wprowadzony u progu nowego milenium trzydniowy okres rozliczania sprzedanych akcji także należy uznać za krok wstecz, zwłaszcza z punktu widzenia interesu inwestorów. Gdyby hipotetyczny gracz sprzedał akcje za 100 tys. zł i miał te środki do dyspozycji już po zamknięciu sesji w dniu zbycia, to przez 3 następne dni na lokatach jednodniowych uzyskałby po odjęciu haraczu Belki na czysto 40 zł odsetek (przy rocznej stopie 6 proc.). Sumaryczny brak korzyści tysięcy inwestorów idzie z tytułu tej długiej blokady w miliony. Ponadto sam system Warset po 10 latach funkcjonowania też można by zoptymalizować.

Tymczasem coraz liczniejsze zastępy inwestorów tracą wspomnienie bessy i z półrocznym opóźnieniem podłączają się pod przewartościowane papiery. Notowań nie determinują bieżące odczyty danych makroekonomicznych, lecz decyzje finansowych władców marionetek, przez co wyceny są wypaczone. W 2007 r. też ignorowano nadciągającą recesyjną zawieruchę, a odraczanie końca hossy tylko spotęgowało późniejszą bessę. Jakby tej nieprzewidywalności było mało, to utrzymywany jest końcowy fixing, służący od dłuższego czasu li-tylko spekulacyjnemu cudowaniu przy ustalaniu ceny rozliczeniowej. Rozgoryczenie wielu drobnych inwestorów operujących na obarczonych dźwignią derywatach jest zrozumiałe.

Jak widać, lista zaniedbań jest spora i tutaj daleka od wyczerpania (np. o zaśmieconym segmencie New Connect można napisać osobny esej). Zdążono już hucznie uczcić wielką hossę u progu 2007 r. (pamiętamy ówczesne przekonanie prezesa GPW, że mamy przed sobą dalsze kilka lat hossy), celebrowano także pełnoletniość parkietu w kwietniu br., a krótkiej sprzedaży jak nie było, tak nie ma. Może uda się zdążyć przed Euro 2012, skoro o sieci autostrad, tudzież o szybkich kolejach możemy tylko pomarzyć?

Bartosz stawiarski

12:25, bartosz.stawiarski
Link Komentarze (4) »
czwartek, 22 października 2009

 

Fenomen bańki spekulacyjnej jest równie ponadczasowy jak motywy antyczne w literaturze. Niezależnie od przedmiotu wyceny na tej formacji można się dorobić fortuny pod warunkiem wyjścia z inwestycji przed pęknięciem bańki. Potem czyhają już tylko lawinowe straty, często niepowetowane przez długie lata. Bąble tworzyły się i pękały. Powstawać a następnie pękać nadal będą, gdyż ich istnienie nierozerwalnie związane jest ze stanem zbiorowych emocji, mających cykliczną przypadłość podążania w tym samym kierunku. W atmosferze coraz bardziej rozchwianych rynków finansowych warto sobie wyrobić jakieś proste, intuicyjne wręcz narzędzie detekcji tego zjawiska.

Rynki poruszają się w wieloletnich cyklach od skrajnego przewartościowania do niebywałego niedoszacowania - to truizm. Nie jest zbyt wielką sztuką zdiagnozować stan znacznego niedopasowania wycen aktywów do ich fundamentów, gdyż ten proces odrywania ciągnie się miesiącami lub kwartałami. Wydawałoby się zatem, że pozostaje wystarczająco duży horyzont czasowy na trzeźwą ocenę sytuacji i „skrojenie” pod nią swoich dokonań inwestycyjnych: sprzedać zawczasu przed dłuższymi spadkami bądź zakupić u schyłku bessy pośród ogólnej niewiary w lepsze jutro. Jednakże niezmiennie pękające bańki zbierają krwawe żniwo, gdyż niczym wir wciągają niemal u swojego kresu rozgorączkowane tłumy, tak jakby hipnoza opanowywała całe zbiorowości niezależnie od ich wykształcenia, narodowości czy statusu materialnego. Potem następuje załamanie bądź krach, cały kramik z bogactwem się rozpływa pozostawiając nagie tłumy niczym po przedstawieniu magiczno-demonicznego teatru w powieści Bułhakowa.

Jak się te rozważania mają do dzisiejszej kondycji giełd światowych i przede wszystkim realnych gospodarek? Od przynajmniej kilku tygodni coraz bardziej nasuwa się wniosek, że właśnie parkiety i faktyczna sfera makroekonomiczna rozjechały się tworząc dwa różne światy. Nieugięte parcie cen akcji i surowców w górę nijak się ma do ciągle zalegających chmur kryzysu i recesji. Wmawia się wszem i wobec triumfalne pokonanie dekoniunktury, mamiąc naiwnych wizją recesji typu V. Słyszy się coraz częstsze zaklinanie korekty (należnej de facto od dawna), a to tylko przedłuża wspinanie się rynków po swoistej „ścianie strachu”.

Tu dochodzimy do sedna poruszanej sprawy. Można pokusić się o stworzenie testu - psychologicznego nie statystycznego - na to czy rynki podlegają reżimowi bańki spekulacyjnej (niezależnie od stadium jej zaawansowania). Mianowicie nie jest naturalna, ani żadnego wytłumaczenia ekonomicznego nie znajduje sytuacja, w której równolegle i przez długi czas drożeją aktywa praktycznie każdej kategorii. W normalnej gospodarce aprecjacja jednej grupy aktywów racjonalnie wyklucza wzrost cen innych. Przykładowo, nikomu nie trzeba tłumaczyć, że pompowanie cen surowców przemysłowych docelowo zarzyna rozwój gospodarczy, a w przypadku panującej recesji ją pogłębia grożąc stagflacją wymagającą wieloletniej, bolesnej kuracji. Szybujące ceny paliw czy metali obciążają rachunki odbiorców końcowych (konsumentów i tak dotknęło już rosnące bezrobocie), destabilizując sytuację monetarną i ciągnąc w dół całą gospodarkę.

Przytoczmy bieżące konkrety. Od wiosny systematycznie zwyżkuje kluczowa para walutowa czyli EURUSD. Rozdawnictwo publicznych pieniędzy i zerowe (przynajmniej na papierze, bo tak się upiera FED) stopy dolarowe robią swoje: zamiast faktycznego wzrostu produktywności kreuje się papierkowe fatamorgany bogactwa, odraczając egzekucję na chorym systemie o kolejnych kilka lat (karencje te są coraz krótsze...). Psuty niemiłosiernie dolar stanowi pożywkę dla wszechstronnej spekulacji lewarowanej łatwym kredytem. Tak oto odradza się proceder carry-trade, przy czym wcześniej za walutę bazową służył jen, obecnie USD.

Wraz z szybującym kursem EURUSD rosną bez wytchnienia od ponad pół roku wszystkie giełdy akcji - niekiedy o ponad 100 proc. (Rosja, Brazylia, Turcja). Z nawiązką podwoiły swoje wyceny miedź, ołów, ropa naftowa. Panuje bardzo wysoka dodatnia korelacja pomiędzy stopami zwrotu z różnorakich klas aktywów, dowodząc panowania na rynkach anormalnej asymetrii. Na tej fali drożeją walory europejskich gigantów o mocnej ekspozycji eksportowej, choć logice przeczy drogie względem dolara euro. Pompuje się nowe bańki na rynkach wschodzących na skutek ponownego przedawkowywania ryzyka.

To są objawy niezdrowe i świadczące o przebywaniu rynków w „bubble territory”. Nowe rekordy bije złoto, co w historii bywało zwiastunem niemałych kłopotów. Mocnym dowodem przesadnego zdyskontowania przez giełdy przyszłego ożywienia będzie brak pozytywnej reakcji na dobre informacje z realnej gospodarki, zatem paliwo do wzrostów się definitywnie wyczerpie.

Zjawisko gigantycznej bańki znamy zaledwie sprzed paru lat i wiemy czym się ono skończyło: potężna hossa z lat 2003-2007 napędzana tanim pieniądzem japońskim i amerykańskim, strzeliste wykresy cen surowców, hiperbole na indeksach giełd emerging markets, przewartościowane lokalne waluty. Szybował kurs USDJPY oraz EURUSD. Nakryły się na to wszystko bezprecedensowe wzrosty cen nieruchomości - ten czynnik obecnie odpadł i to na bardzo długo. Podobnie jak teraz, podczas minionej hossy też wystąpiły symultaniczne, acz pozbawione kalkulacji ekonomicznej zwyżki wszystkich klas aktywów. Rynki giełdowe stały się siedliskami monstrualnych baniek spekulacyjnych, które według nieugiętych prawideł pękły z hukiem adekwatnym do ich rozmiarów.

Doświadczenie lat 2007 i 2008 uczy, że taki cukierkowy krajobraz nieskrępowanych wzrostów kończy się traumatycznymi wyprzedażami o dynamice dalece silniejszej niż długo pęczniejące zwyżki. Papierowe bogactwa zbudowane na zdradliwych piaskach nieodpowiedzialnie luźnej polityki monetarnej sypią się w przeciągu kilku miesięcy. Nieuchronnie następuje dostosowanie wycen do realiów i po załamaniu relacje między cenami aktywów stają się bardziej racjonalne. Dlatego lepiej zawczasu włączyć zdrowy rozsądek, uruchomić wyobraźnię, przeanalizować czy opisane zjawisko ma miejsce i ewentualnie od jak dawna ono trwa. W przeciwnym razie na ewakuację może być za późno, a lekcje z przeszłości ponownie pójdą w las.

Bartosz Stawiarski

13:33, bartosz.stawiarski
Link Komentarze (5) »
czwartek, 08 października 2009

Do marketingowych tricków obliczonych na wywołanie uczucia taniości u konsumentów w postaci cen zakończonych na 99 groszy dawno zdążyliśmy się przyzwyczaić. Cóż to za komfort zapłacić za nowy telewizor 999,99 zł zamiast czterocyfrowej sumy 1000 zł! W praktyce cała psychologia bierze w łeb, gdyż mało kiedy śmieszna groszowa reszta jest wydawana. Coraz częściej przy kasie słyszymy: „grosz będę pani/panu winna” lub „grosz odda pani/pan przy okazji”. Mniej więcej w dwie sekundy po tych deklaracjach obie strony transakcji zapominają o długu, a zapłacony rachunek zaokrągla się do mniej kłopotliwej kwoty. Czy życie nie byłoby prostsze bez najdrobniejszych miedziaków?

Wyjąwszy nieliczną warstwę oligarchii zarabiającej od kilku średnich krajowych wzwyż i operującej wielokrotnościami 10 zł, społeczeństwo doświadcza pęczniejących portfeli bynajmniej nie dzięki raptownym podwyżkom płac. Gromadzą się pochodzące z każdorazowych zakupów miedziane drobniaki (jeśli nie padnie w/w deklaracja przyszłej spłaty zadłużenia), z których najwięcej pożytku mieliby młodzi adepci cymbergaja w wieku od 4 do 7 lat. Niczym piasek w rzecznych zakolach odkładają się 1-, 2- i 5-groszowe nominały, mające takąż siłę nabywczą co bilon u schyłku komuny (czyli żadną). Z tą różnicą, że 20 lat temu pomysłowi Polacy upychali tamte blaszki w automatach do gry na promach skandynawskich (jako zamienniki np. duńskich koron), podczas gdy dziś nie ma nawet automatów TP SA, które przyjmowałyby 5 groszy zgodnych wymiarem z wielokrotnie droższymi żetonami.

W grosze obrastamy, groszami stajemy się obciążeni, groszy tych nie sprzedamy na złom (no, gdyby jeszcze była to czysta miedź...), pozostajemy skazani na ich posiadanie i podawanie dalej. Średnio o dobre kilkanaście sekund wydłuża się obsługa każdego klienta w sklepie spożywczym, gdyż personel przy kasie błagalnie pyta o rzeczone końcówki celem łatwiejszego wydania reszty. Dłuży się grzebanie w zakamarkach pugilaresów prowadzące w razie niepowodzenia do werbalnego ustalenia długu do spłacenia przy okazji będącej efemerydą już przy kasie. Organizowane są cykliczne, skądinąd szczytne imprezy typu „góra grosza”, lecz współczuć należy woluntariuszom przeliczającym uzbierane ciężarówki menniczego quasi-złomu.

Bardziej postępowi w tej kwestii są pospolici straganiarze prowadzący kramiki owocowo-warzywne i rzadko kiedy bawiący się w kołomyje związane z paragonami fiskalnymi. Tam kwoty rozliczenia już od dawna zaokrąglane są do 5 bądź 10 groszy i nikt na tym nie jest stratny. Statystycznie rzecz biorąc stosowanie zaokrągleń raz w dół raz w górę daje sumaryczny bilans koncentrujący się wokół zera wraz z rosnącą liczbą transakcji. Nie ma tu pola do bogacenia się, chyba że nastąpi notoryczne zawyżanie w górę (przerabiane w wielu krajach rezygnujących niegdyś z rodzimej waluty w imię przystąpienia do strefy euro - zostało to swego czasu solidnie oprotestowane).

Te zdroworozsądkowe, oddolne ułatwienia rozliczeń są w rzeczywistości odzwierciedleniem procedur wdrożonych już w niektórych krajach naszego regionu. Np. na Węgrzech już od 2006 r. wycofano bilon o nominałach 1 i 2 forintów, a wszelkie rachunki zaokrąglane są do 5 forintów (około 8 gr). Pozostałe w obiegu 5-forintówki również traktowane są co najmniej komicznie: na przykład w słynnej z wiadomych produktów miejscowości Tokaj można skorzystać z maszyny wytłaczającej z owej monety pamiątkową eliptyczną blaszkę z odciśniętym regionalnym motywem. U nas takie traktowanie prawnego środka płatniczego otarłoby się o paragraf, jednak węgierska inicjatywa wydaje się pomysłowa.

W Czechach elementarnym krokiem postąpienia jest 1 korona opiewająca na ok. 16 groszy (halerze de facto nie uczestniczą w obiegu, a jeśli już to na głębokiej prowincji i zakrawa to na folklor). Nawet w Rumunii, gdzie przeciętna płaca ledwie sięga połowy polskiej, praktycznie nie używa się blaszek o nominałach poniżej 10 bani (1 lej będący równowartością 100 bani kwotowany jest prawie na równi ze złotym).

Podsumowując, w atmosferze drukowania taniego pieniądza deflacja nam nie grozi, a nadreprezentatywność klepaków w portfelu Polaka-szaraka zamiast efektu bogactwa rodzi jedynie efekt fizycznego przeciążenia. Dlatego należałoby powoli rozpocząć publiczną dyskusję nad celowością dalszego utrzymywania w obiegu nominałów niższych od 10 groszy. Ułatwienie rozliczeń byłoby bezdyskusyjne bez uszczerbku dla stron transakcji. Niewykluczone, że kwestia ta z czasem stanie na najwyższych forach europejskich, gdyż 5 eurocentów dla Niemca czy Francuza ma mniej więcej taką samą siłę nabywczą, co nasze 5 groszy.

09:57, bartosz.stawiarski
Link Komentarze (12) »
poniedziałek, 15 czerwca 2009

Miliardowe rachunki za analfabetyzm matematyczny

Pomimo nobilitującej etykietki „królowej nauk” matematyka od lat przeżywa kryzys zaufania. Samo wypowiedzenie tej nazwy wywołuje u niemałego odsetka społeczeństwa konfuzję lub niechęć. Dziedzina powszechnie jawi się jako niezrozumiała czy wręcz bezużyteczna. Tymczasem materialne straty z matematycznego analfabetyzmu powstają niemal na każdym kroku i kumulują się w grube miliardy.

Pieniądze traci nie tylko szeregowy obywatel wyobcowany ze świata liczb, ale cała gospodarka, cierpiąca na chroniczny niedobór absolwentów nauk ścisłych. Bycie matematykiem dziś nie jest trendy. Zasadnicza większość tytułuje się humanistami, przy czym ile jest w tym faktycznego, kompetentnego humanizmu to już całkowicie odmienna sprawa na miarę filmowych dywagacji o zawartości cukru w cukrze. Rosnące współczynniki scholaryzacji ładnie wyglądają na graficznych prezentacjach, wywołując poczucie dumy z dokonanego postępu. Jednakże gospodarka jako taka czerpie z tego nikłe korzyści, ba ponosi wymierne straty. Strukturalne niedopasowanie zdobywanych profili wykształcenia do ścieżki gospodarczego rozwoju (znaczna liczebna nadwyżka „humanistów” nad „ścisłowcami”) w połączeniu z drugo- bądź trzecioligową jakością studiów na wielu prywatnych szkółkach „wyższych” li tylko z nazwy stanowi kluczowy hamulec w postępie, ograniczając innowacyjność. Z kolei czołowe ośrodki naukowe nie są w stanie zaoferować wystarczającej podaży absolwentów, by pokryć zapotrzebowanie gospodarki na matematyków, fizyków czy programistów.

Zaniedbania sięgają wczesnego dzieciństwa

Pochylając się nad diagnozą obecnego stanu rzeczy warto zejść do fundamentów, czyli szkoły podstawowej i gimnazjum. Pomimo postępującej informatyzacji (coraz liczniejsze pracownie komputerowe), rozwijającej się współpracy z zagranicznymi ośrodkami (wymiany uczniów), w matematyce czas się wręcz zatrzymał. Jak nie było tak nadal nie ma szerokiego gremium nauczycieli matematyki, którzy stylem prowadzenia zajęć potrafiliby zafascynować uczniów. W systemie zalegają setki belfrów skrytych pod przedemerytalnym płaszczem, którym obce jest nie tylko podnoszenie swoich kwalifikacji, ale pedagogiczna innowacja zmierzająca do uatrakcyjnienia lekcji. Jednocześnie wśród kadry nauczycielskiej nie ma zastępowalności pokoleń, gdyż za głodowe 1-1,5 tys. miesięcznie nikt o zdrowych zmysłach nie będzie się spalał dla samej idei.

W sposobie prowadzenia lekcji brakuje błysku kreatywności. Nie ma woli ukazania konkretnych sytuacji życiowych, w których teoria znajduje praktyczne zastosowanie. Suche operacje na ułamkach, bądź kładzenie nadmiernego ciężaru na wkuwanie definicji odstręcza uczniów od przedmiotu już w dość wczesnej fazie nauki. Najbardziej rażące zaniedbanie to brak uwrażliwienia młodocianych na doniosłą rolę matematyki w rachunku ekonomicznym niezbędnym w dorosłej egzystencji. Całe zastępy nowych pokoleń chcąc-nie chcąc wkuwają np. szczegółowy cykl trawienia tłuszczów czy drzewo genealogiczne bohaterów mitologii greckiej, a nie mają bladego pojęcia o oprocentowaniu prostym bądź złożonym. Nikt poza być może garstką światłych nauczycieli z faktyczną pasją nie pokazuje, jak liczyć raty kapitałowe, jak uwzględniać wartość pieniądza w czasie, ani czym jest roczna stopa oprocentowania kredytu. Można by także w interesujący sposób przybliżyć uczniom kwestie ryzyka walutowego i to bez wgłębiania się w gąszcz teoretycznych regułek (poza niezbędnym minimum).

Marginalizacji matematyki dokonuje sam system edukacyjny, w którym to jakiś czas temu pewna pani minister nieodpowiedzialnie zniosła obowiązkową maturę z tego przedmiotu. W ten sposób dano uczniom podświadomy przekaz: matematyka to abstrakcyjne i zbędne peryferie wykształcenia, nie warto sobie nią zawracać głowy. Nie negując istnienia uczniów bardzo zdolnych oraz wszechstronnych, ogólnie hoduje się całe szeregi niby-humanistycznych analfabetów matematycznych. Ten socjologiczno-edukacyjny problem mogłyby rozwiązać wyłącznie gruntowne przemiany systemu kształcenia, w których należałoby większy akcent położyć właśnie na nauki ścisłe - adekwatnie do ich roli w życiu i gospodarce (obecnie zaniżanej). Matura z matematyki w zakresie podstawowym powinna być obowiązkowa, przy czym program jej nauczania musiałby przejść dostosowanie, zwłaszcza w kierunku uwypuklenia zagadnień praktycznych.

Młody człowiek mający wieloletnią traumę bądź awersję do matematyki zaistniałą z wymienionych wyżej powodów, dostaje się na studia i przeżywa matematyczny koszmar w jeszcze boleśniejszej wersji. Braki w wiedzy kumulują się, programy nauki przedmiotów ścisłych traktowane są - zwłaszcza w wielu szkołach niepublicznych - po macoszemu. Skutek jest taki, że ich mury opuszczają setki inżynierów bądź magistrów (swoją drogą tytuły te podlegają ostatnio silnej jakościowej erozji) mających być kadrą menedżerską w biznesie. Tymczasem nadal są oni w większości matematycznie goli, bez znajomości pojęcia mediany, całki oznaczonej, średniej kroczącej i wielu innych praktycznych elementów, nie wyłączając podstaw rachunku prawdopodobieństwa oraz matematyki finansowej. W społeczeństwie ktokolwiek wykazujący matematyczną elokwencję jest traktowany jak dziwak lub w najlepszym razie otrzymuje westchnienie podziwu i niezrozumienia.

Edukacyjna machina wydrenowana z nauk ścisłych kręci się dalej, a niedobór takich absolwentów w gospodarce powiększa się również w Europie Zachodniej. Kilka poruszonych poniżej aspektów egzystencji  pokazuje zgubne skutki ignorancji matematycznej. W ogólnym rozrachunku przekłada się to na gigantyczne straty, a wygranymi są tutaj co najwyżej manipulanci z socjotechnicznym zmysłem oraz zwykli naciągacze ustrojeni w piórka biznesmenów. Mimo wszystko trzeba tej wygrywającej grupie oddać matematyczną przewagę nad stadem golonych owieczek.

Bąbel spekulacyjny w nieruchomościach i hipoteczne harakiri

Bezprecedensową beztroskę w postaci kompletnego nieliczenia się z kosztami wykazano w ostatnich latach, gdy dynamicznie pęczniała bańka na rynku nieruchomości (nie tylko w Polsce zresztą). Tysiące rodzin poddały się stadnemu wzorcowi myślenia, według którego należało kupić lokal choćby za trzykrotność jego godziwej wartości, wspomagając się kredytem hipotecznym zaciągniętym na pół życia. I to „najlepiej” denominowanym w rekordowo tanim franku szwajcarskim, za namową sztabu tak zwanych doradców, którzy nie wiadomo czy byli aż tak niekompetentni, czy też aż tak przebiegli, że wieścili wieczne umocnienie złotego. Kompletnie zawiódł matematyczny i ekonomiczny zmysł, który uśpił czujność wskutek biernej akceptacji narzucanej wizji nieodwracalności trendów rynkowych panujących przez kilka wcześniejszych lat.

Najmniej ważna w tym całym szaleństwie była właśnie cena, która niepostrzeżenie stała się horrendalna, byle tylko dostać mieszkanie po walce na łokcie w komitecie kolejkowym. W rezultacie metr kwadratowy mieszkania u szczytu boomu w 2007 r. na terenie większości dzielnic Warszawy czy Krakowa przebił 5 tysięcy franków. Płacenie stawek sięgających kwartalnej pensji za ów metr podbiło sumaryczną kwotę kredytu, a więc też wysokość rat płaconych nawet przez 30 lat. Można szacować, że wychylenie cen od poziomu równowagi rozpoczęło się już pod koniec 2004 r., przybierając kolosalne rozmiary w latach 2006-2008. Dopiero od półtora roku trwa powrót do cenowej normalności, który jest może na półmetku.

Trudno oszacować skalę przewartościowania mieszkań w tym okresie, tak samo jak bardzo ciężko przybliżyć straty klientów indywidualnych wynikłe z bezmyślnego przepłacenia. Mimo to, posiłkując się oficjalnymi danymi Związku Banków Polskich można pokazać o jak gigantyczne sumy chodzi. W latach kulminacji bąbla, czyli 2006-2007 udzielono łącznie 600 tys. kredytów hipotecznych na kwotę ok. 100 mld zł. Optymistycznie załóżmy, że wszystkie one zostały udzielone na 100 proc. wartości mieszkania. Ponadto równie ostrożnie przyjmijmy przewartościowanie lokali o 25 proc. w skali całego kraju (w Warszawie lekko licząc jest to nadal ponad 2000 zł na 1 m kw.). Daje to przepłacone 20 miliardów złotych w ciągu zaledwie 2 wspomnianych lat, a w ubr. nadal panowała drożyzna i pomimo letniej zapaści akcji kredytowej w dalszym ciągu naiwnie nadpłacono za lokale kolejnych kilka miliardów. Otrzymujemy kosmiczny rachunek strat rzędu 25 mld zł względem sytuacji, w której zamiast zaistniałego bąbla wzrosty byłyby zdrowe, tzn. porównywalne lub minimalnie wyższe niż stopa inflacji. To samo dotyczy bańki zaistniałej synchronicznie na parkiecie giełdowym. Tłum dotknięty matematyczno-ekonomicznym analfabetyzmem zadeptał się sam, a wynikłe straty będą pokrywać przyszłe pokolenia.

Inwazja chwilówek i spirala długu

W atmosferze zaostrzonych rygorów przyznawania kredytu dużo więcej osób niż jeszcze 1-2 lata temu odchodzi z okienka bankowego odprawionych z niczym. Wymagania co do zabezpieczeń wzrosły, a roczna stopa kredytu uporczywie tkwi powyżej 20 proc. Konsumenci przyparci nierzadko do ściany szukają zbawienia w segmencie nieregulowanym, pozabankowym, który oplata swoimi mackami coraz mniejsze miejscowości, oferując „tanie chwilówki” bądź „atrakcyjne” pożyczki gotówkowe bez poręczycieli. Nieregulowana samowolka pozwala skutecznie mamić rzekomo niskimi ratami, przerzucając lwią część faktycznego oprocentowania pożyczki na prowizje za łaskawe jej przyznanie. W rezultacie koszt długu wyrażony w skali rocznej może przekroczyć... 100 procent, a w nagłośnionym niedawno skrajnym przypadku było to 612 proc.!

Lichwa przebrana w zwodnicze szaty szczęścia w postaci realizacji życiowych marzeń to ostatnie ogniwo w pętli zadłużenia. W razie jakiejkolwiek zwłoki ze spłatą dalej jest już tylko bezlitosna windykacja odzierająca ze wszelkich złudzeń i miraży dobrobytu. Biorąc przykładowo 500 zł na rok z comiesięcznymi spłatami z dołu w ratach po 50 zł, płacimy roczną stopę 40 proc., a do tego należy doliczyć wspomniane dodatkowe koszty i opłaty - oprocentowanie to może się więc podwoić.

Hazard

Gry losowe. Temat od zawsze podnoszący adrenalinę za sprawą wizji zbicia fortuny i ustawienia się na całe życie, wykładając zaledwie kilka złotych. Nie mówi się głośno, że systemy hazardowe są tak skonstruowane, by to właśnie oferujący te rozrywki statystycznie notował coraz większe góry zysków. Zwykła „trójka” w Dużym Lotku ma szansę wystąpienia jak 1 do 57, a więc aby wygrać z tego tytułu 20 zł trzeba przeciętnie wysłać kupony za 115 zł. „Czwórka” płacąca przy sprzyjających wiatrach i kumulacji kilkaset zł ma mniej niż promilowe szanse zaistnienia, „piątka” dająca z grubsza 2-3 miesięczne pensje wymaga średnio wysłania 54 tys. kuponów za równowartość niezłej dwuletniej wypłaty, a upragnione magiczne sześć trafnych liczb zdarza się z prawdopodobieństwem 1 do 14 mln. Nie lepsze proporcje czają się w pokrewnych grach losowych oraz wszelakich loteriach-zdrapkach.

Liberalne przepisy podatkowe z jednej strony i rozbudzone nadzieje na łut szczęścia w dobie kryzysu z drugiej inspirują boom w segmencie automatów do tzw. niskich wygranych. Wielobarwne, migające wzorki oraz wizja pomnożenia kapitału przyciąga coraz szersze rzesze desperatów odpornych na matematyczny elementarz. Maszyny te są de facto elektronicznymi kombajnami najeżonymi oprogramowaniem z takimi algorytmami, które z samej swojej konstrukcji dopuszczają znikome prawdopodobieństwo wygranej, nie mówiąc już o całym paśmie sukcesów. Banknoty są pożerane przez automaty instalowane w coraz rozliczniejszych budach stawianych naprędce w sąsiedztwie większych skupisk ludności. Tymczasem „opiekunowie” tych maszyn kasują zyski w dziesiątkach tysięcy miesięcznie, dorabiając się na naiwności mas notujących z tego tytułu rosnące straty, również emocjonalne (uzależnienie, rozpad rodzin, frustracja). Ujemna przepaść między sporadycznymi wygranymi, a wpłacanymi stawkami z każdym dniem rośnie o dobre kilka milionów złotych.

Rzeczy przyziemne: zakupy, prowizje, opłaty

Towary na półkach sklepowych miewają cudowny dar drożenia w drodze do kasy, czasem nawet o kilkadziesiąt procent. Z takiego przekłamania można całkiem dobrze wyżyć, nabijając wyższą cenę, a szanse zdemaskowania manipulacji są znikome. Są minimalne właśnie dlatego, że ledwie garstka społeczeństwa potrafi w pamięci zsumować ceny zaledwie 3-4 produktów, nie mówiąc o zadaniu sobie trudu zsumowania na kalkulatorze cen zawartości wózka dużych weekendowych zakupów.
 
Druga ważka kwestia to niewytłumaczalny racjonalnie geniusz słowa „promocja”, pod którym często przemycane są gigantyczne marże. Jeśli rzekomy rabat sięga np. 50 proc., to daje to wyobrażenie, jak wielki narzut był stosowany przed obniżką. Promocje o wątpliwej wiarygodności uskuteczniane są masowo przez wielkopowierzchniowe galerie, które setkami sklepów łowią w swoje sidła nowe zastępy matematycznie nieświadomych „zakupoholików”. Produkowane w Chinach tandetne zabawki czy ubrania sprzedawane są po cenach wielokrotnie wyższych wskutek horrendalnych narzutów. Klienci detaliczni przepłacają hurtowo, coraz częściej finansując zakupy przewartościowanych produktów za pomocą pożyczek gotówkowych, co ostatecznie tylko lewaruje ich straty i rujnuje status materialny.

Dajemy się również solidnie doić instytucjom finansowym, które traktując nas jak gotówkowe mięso armatnie serwują prowizje i opłaty na poziomie uwłaczającym standardom europejskim. Nieświadomość drożyzny nie prowokuje to wywierania presji na banki, by te swoje opłaty obniżyły, ba: wetując sobie kryzys koszty te są jeszcze bardziej śrubowane. Osobną kwestią są chybione systemowe rozwiązania, wedle których miernie zarządzające pieniędzmi przyszłych emerytów OFE solidnie uwłaszczyły się na procederze niepomnażania zgromadzonych składek. Wszelkie koszty pochłonęły już niemal 10 mld zł i mogłyby być znacznie niższe, gdyby świadomość ekonomiczna wzięła górę nad tendencyjnością regulacji. Gigantyczne słupki strat piętrzą się więc z każdej strony.

Krótkie podsumowanie

Można by jeszcze wymienić dalsze newralgiczne miejsca wycieku naszych pieniędzy wskutek panoszącego się matematycznego analfabetyzmu: począwszy od lichwiarskich widełek kupna/sprzedaży w rozliczaniu walutowych kredytów hipotecznych, poprzez nieliczenie się z kosztami generowanymi przez paliwożerne i zdezelowane wraki jeżdżące po naszych ulicach, skończywszy na braku matematycznego uświadamiania swoich pociech przez rodziców w trakcie wychowywania, niezależnie od szkolnej kulejącej edukacji.

Każdy rok dalszej, zarówno systemowej jak i społecznej negacji roli matematyki w naszym życiu wystawiać będzie nam wszystkim coraz wyższe rachunki. Pokrętnie szukając oszczędności tam gdzie ich nie ma, lekką ręką bez umiejętności kalkulacji naiwnie tracimy dużo większe sumy. Uświadomienie sobie zarówno przez elity, jak i zwykłych obywateli, że bez podstawowej matematycznej ogłady w życiu daleko się nie zajdzie tak samo jak bez znajomości ojczystego języka, powinno urosnąć do rangi priorytetu nie cierpiącego dalszej zwłoki.

Bartosz Stawiarski, Wealth Solutions

11:20, bartosz.stawiarski
Link Komentarze (6) »
poniedziałek, 18 maja 2009
5 lat po akcesji do UE: nie tylko blaski (część II) Traktat lizboński i demokracja z ograniczeniami  

Na zgliszczach odrzuconej przez Francję i Holandię szumnie promowanej Konstytucji Unii Europejskiej stworzono opasły dokument zwany skrótowo traktatem reformującym. Dokument ten ujrzał światło dzienne w grudniu 2007 r. i kojarzony lepiej jest pod nazwą traktatu lizbońskiego. Pomimo pozornie nowej formy tej umowy międzynarodowej, liczne istniejące zapisy okraszono poprawkami, a pewne kompetencje instytucji unijnych poszerzono kosztem części suwerenności poszczególnych krajów.

 

Przewiduje się m. in. redukcję liczby komisarzy przy Komisji Europejskiej do 18 (dziś każdy kraj członkowski ma swojego przedstawiciela), likwidację rotacyjnego półrocznego przewodniczenia w Radzie Europy na rzecz 18-miesięcznego ale sprawowanego przez trójki państw. Powstaje również stanowisko Przewodniczącego RE, wybieranego na 2,5-letnią kadencję. Ponadto poszerzeniu ulegają unijne kompetencje na polu polityki zagranicznej i bezpieczeństwa poprzez stworzenie drugiego unijnego „superministra” od tych spraw. Relatywistycznie potraktowano kwestię inicjatywy obywatelskiej: minimum 1 mln obywateli ze „znacznej liczby” państw członkowskich może wnieść projekty ustawodawcze. Powstaje pytanie czy „znaczna liczba” jest jednako pojmowana przez mocarstwa starej i nowej Unii?

Wedle dość szerokiej opinii traktat ów stanowi przemycenie wcześniej upadłej konstytucji kuchennymi drzwiami z polecenia największych mocarstw. Dowodem na to, że czołówka notabli zdecydowała się wziąć losy większości populacji Starego Kontynentu w swoje ręce z pominięciem głosu obywateli są konsekwentne unikania referendów podczas ratyfikacji w kolejnych krajach (chociaż sposób jej przeprowadzenia teoretycznie pozostawiono do indywidualnego wyboru). Obawiając się ponownych porażek przyjęto pośpieszne ścieżki ratyfikacji parlamentarnych, przy okazji cudownie cofając czas: w kilku przypadkach przyklepanie dokumentu nastąpiło przed powstaniem jego tłumaczenia na rodzime języki.

 

Paneuropejska machina toczyła się pomyślnie do chwili odrzucenia traktatu w Irlandii, gdzie referendum było nieuniknionym obowiązkiem (czerwiec 2008). Wkrótce zawahała się również Polska oraz Czechy i wysocy unijni urzędnicy natychmiast rozpętali histerię, odkrywając swoje prawdziwe, pseudodemokratyczne oblicze. Niewybredne naciski na prezydenta Lecha Kaczyńskiego (pomimo, że niemiecki prezydent również nadal nie złożył podpisu pod dokumentem) to nic w porównaniu z przedstawieniem urządzonym niedawno w Pradze przez lewackiego dygnitarza Daniela Cohn-Bendita  i chadeckiego Hansa Gerta Pötteringa. Na szczęście prezydent Vaclav Klaus stawił czoło zakrawającym na terroryzm pogróżkom unijnej delegacji i dotychczas czeska ratyfikacja wisi w próżni. Aby dopiąć celu, na fali podsycania strachu przed panującą recesją planuje się powtórzenie irlandzkiego referendum, co stwarza furtkę do niekończących się powtórek procedur legislacyjnych aż do uzyskania pożądanego skutku.

 

Te niepokojące działania powinny otworzyć oczy rzeszom tych, którzy postrzegają instytucje Unii Europejskiej jako uosobienie egalitaryzmu i obiektywizmu. Jakość owego miodu wolności daleka jest od ideału, a w jej ulepszaniu coraz czynniej zaczynają brać udział nowe kraje członkowskie, świadome bycia ogrywanymi. Wbrew lansowanemu eurofanatycznemu bezkrytycyzmowi proces ten nie jest wyrazem anarchizacji, lecz patriotycznym gestem upominania się o swoje niezbywalne prawa i wartości. Dzięki temu na brukselskich salonach ma szansę zagościć świeższy powiew odnowy, pozwalający na organiczny powrót do szczytnych acz coraz bardziej zdezawuowanych wzniosłych haseł. 

 Parcie do wspólnego pieniądza 

Wejście do strefy euro to priorytet obecnie rządzącej w Polsce klasy politycznej. Rezygnacja ze złotego ma być lekarstwem na wszelkie gospodarcze zło, a odpowiednią retorykę wzmacniają niedawne wielomiliardowe skandale związane z opcjami walutowymi. Tymczasem bez integracji walutowej widać, że polskie ceny w wielu dziedzinach już dostosowały się do zachodnich, a płace ciągną się daleko w tyle. W wymiarze społecznym, czyż nie byłoby policzkiem w twarz milionów emerytów pobieranie z grubsza dwustu euro miesięcznie?

 

Oddanie władzy monetarnej w ręce Europejskiego Banku Centralnego stanowi formę wyrzeczenia się narzędzi do stymulacji własnej gospodarki. Oczywistym jest, że wskutek zróżnicowanych profili gospodarczych tak dużej liczby państw nie istnieje Europa jednej prędkości. Kierunek decyzji monetarnych będzie dostosowany do kondycji makroekonomicznej Niemiec, Francji czy Włoch, niźli mniejszych krajów naszego regionu. Groźny przedsmak konsekwencji sztywnego powiązania walut z euro i powstałego na tej drodze niedopasowania poziomu stóp procentowych do cyklu gospodarczego daje obecnie casus republik nadbałtyckich. PKB tych okulawionych tygrysów w tym roku zanurkuje o ponad 10 proc., a zwłaszcza Łotwę przed losem Islandii ustrzec może tylko solidna kredytowa kroplówka z MFW.

 

Egzystencja pod skrzydłami unii walutowej nie oznacza gospodarczej sielanki. Uwzględniając obecne załamanie wzrostu gospodarczego (w Niemczech tegoroczny spadek może sięgnąć nawet 6 proc.), w latach 2002-2009 średnioroczny wzrost gospodarczy eurolandu będzie bliski zeru, czyli ogólnie jedna długa stagnacja. Warto odnotować, że w żadnym z pierwotnych 12 krajów, w których wprowadzano euro, nie odważono się przeprowadzić w tej sprawie referendum. Nieliczna warstwa eurokratów zagrała na nosie regułom demokratycznym, uszczęśliwiając na swoją modłę całe społeczeństwa.

 

W przeciwieństwie do Wielkiej Brytanii i Danii nie zdołaliśmy sobie zastrzec w negocjacjach, by docelowe wejście do strefy euro nie było imperatywem. Właściwie do końca nie wiadomo, co nam może grozić za pozostanie poza unią walutową, gdyż teoretycznie datę akcesji można odraczać w nieskończoność. Kampania informacyjna pośród stert biurokracji i lawin bezowocnych szczytów prowadzona jest nieudolnie. Warto obserwować lekcję Słowacji, w której po przyjęciu euro ludność masowo szturmuje za zakupami Węgry i Polskę w ucieczce przed drożyzną. 

 

Na fali niedawnych turbulencji walutowych rządowe parcie do unijnego bilonu i banknotów w miejsce złotego przybrało na sile. Niczym z kapelusza wyciągano bliskie terminy wejścia do korytarza wahań ERM2, wiedząc ale nie mówiąc publicznie, że to nierealne zarówno z przyczyn proceduralnych, jak i z racji rozchwianego rynku walutowego. Forsowano te mrzonki w dniach, gdy dzienne odchylenia kursu złotego do euro sięgały +/- 4 proc. Euro ma być panaceum niwelującym ryzyko kursowe i wszelkie koszty transakcyjne. Przy okazji oczerniono opcje walutowe jako narzędzie do generowania strat, choć odpowiedzialne używanie derywatów pozwala dobrze zarządzać ryzykiem kursowym. Ceną za tę pozorną stabilność będzie wspomniana utrata suwerenności w sprawach kształtowania polityki monetarnej, która będzie podporządkowana priorytetom francusko-niemiecko-włoskiego triumwiratu. Można postawić wielkie pieniądze na scenariusz nałożenia sowitych kar i reperkusji na Polskę lub inne kraje regionu w razie naruszenia kryteriów z Maastricht (tym bardziej, gdyby się w unii monetarnej już znalazły). Wszystko to w imię równości rozumianej po niemiecku.

 

Pokrętne ścieżki relatywizmu

 

Relatywizm uskuteczniany przez unijnych możnowładców okopanych w murach brukselskich gmachów uległ zapętleniu, samemu się relatywizując. W „wygodnych” sytuacjach dozuje się go w nadmiarze aż po mdłości, natomiast w innych „niewygodnych” przypadkach cudownie znika, ustępując pola nieprzejednanej bezkompromisowości. Co gorsza, dotyczy on fundamentalnych regulacji, na których spoczywa trzon egzystencji eurolandu (który to termin jest przesiąknięty ładunkiem negacji pojęcia narodowości).

 

Widać to na przykładzie kryteriów z Maastricht: Niemcy przez 4 kolejne lata przekraczały dopuszczalny poziom deficytu budżetowego (2002-2005), o rok krócej próg ten łamała Francja. Bez konsekwencji. Tymczasem do nowych krajów przykłada się rygorystyczną linijkę, którą przy pierwszej nadarzającej się okazji zdzieli się po dłoni jak dziecko w przedwojennej szkole.

 

Odnośnie polityki energetycznej widać było jak na dłoni, z kim trzymają Niemcy reprezentowane przez G. Schroedera, nie bacząc na interesy republik nadbałtyckich, państw Grupy Wyszehradzkiej oraz Bułgarii i Rumunii. Nie ustaje forsowanie budowy Gazociągu Północnego z pominięciem protestów państw basenu Morza Bałtyckiego. Dopiero powracające rokrocznie moskiewskie kryzysy gazowe uaktywniły jakieś zawiązki myślenia obronnego w kierunku dywersyfikacji dostaw nośników energii. Szantaże gazowe władne są wyłożyć na łopatki całkowicie uzależnione od rosyjskiego surowca gospodarki Bułgarii, Węgier czy bałkańskie. Mimo to w kwestii obrony Ukrainy i konsekwentnie państw naszego regionu przed gazowym dyktatem Moskwy UE pozostaje zbyt miękka.

 

Specyficzne i stronnicze pojęcie konkurencji prezentuje blisko 70-letnia krewka i często hiperaktywna komisarz Neelie Kroes. Przez dużą część życia związana jest z dużymi prywatnymi firmami, zasiadając łącznie w ponad 30 różnych radach nadzorczych i zarządach (m. in. z branży transportowej), działając na styku polityki i biznesu. Fakt powołania Neelie Kroess na stanowisko komisarza UE do spraw konkurencji właśnie sprowokował pytania o jej bezstronność i konflikt interesów.

 

Holenderska dama wiedzie prym w unicestwianiu naszego przemysłu stoczniowego, wbijając gwóźdź do jego trumny poprzez odrzucenie planu ratowania ostatniej istniejącej stoczni (Gdańsk). Potrząsa przy tym żwawo rózgą w postaci zwrotu pomocy publicznej, naliczonej swoją drogą z kapelusza (mówi się o 10-krotnym jej zawyżeniu względem stanu faktycznego). Wszystko to dzieje się pomimo napiętego portfela zamówień i cenionej, wysokiej jakości wykonania polskich statków. Ani tej pani, ani nikomu na Zachodzie nie przeszkadzała natomiast dotacja w wysokości 110 mln euro dla niemieckiej stoczni w Stralsundzie, która swoją drogą ma relatywnie mało kontraktów.

 

Jednocześnie unijna machina nie ma nic przeciwko pompowaniu miliardów publicznych pieniędzy w nacjonalizację upadłego de facto brytyjskiego banku Northern Rock i innych wygasłych bastionów spekulacyjnej finansjery. Protestów speców od wolnego rynku i uczciwej konkurencji nie wzmaga także niedawna zapowiedź Nicolasa Sarkozy'ego wyłożenia 9 mld euro pomocy publicznej dla francuskich koncernów samochodowych. Zastrzegł też, że mogą one zwalniać personel wszędzie, byle nie na terenie Francji. Takie przykłady jawnie nierównego traktowania wewnątrz Unii można mnożyć.

 Zapowiedź części III 

Trzecia, ostatnia część felietonu traktować będzie o kilku pozostałych sferach paneuropejskiej egzystencji. Nakreślone zostaną zagrożenia dla istniejącego porządku dyktowanego przez najsilniejszych tym słabszym, a także jakie morały mogą z tego płynąć na przyszłość.

 

Bartosz Stawiarski

 
12:27, bartosz.stawiarski
Link Dodaj komentarz »
 
1 , 2 , 3